NASZA PODRÓŻ, CZYLI DLACZEGO MUSIELIŚMY ZREZYGNOWAĆ Z AUTOSTOPU?

Muszę się do czegoś przyznać, choć lekko godzi to w moją dumę. Nie dojechaliśmy do Aten na stopa, tak jak planowaliśmy. Być może zawiodłam tych, którzy mocno trzymali za nas kciuki, ale kiedy wytłumaczę dlaczego tak postanowiliśmy, myślę, że zostaniemy „rozgrzeszeni”. Sytuacja lekko pokomplikowała się i ze względu na bezpieczeństwo, z pewnego „uroczego” albańskiego miasteczka kupiliśmy bilet do Aten. Co dokładnie się stało?

Zabawnie zaczęło się dziać już wtedy, gdy dojechaliśmy prawie pod samą granicę czarnogórsko-albańską na przyczepie traktora. Kiedy przesiedliśmy się już do osobówki, na granicy powitało nas grono żebrzących dzieci, które wręcz przyklejały się do szyb samochodów. Sam przejazd nie należał do najszybszych, ale kiedy znaleźliśmy się po drugiej stronie, dość sprawnie dojechaliśmy do Tirany. W samej stolicy spędziliśmy kilka godzin, a kiedy wybiła najwyższa pora udaliśmy się na wylotówkę miasta. Zaczęło się jednak ściemniać. Okazało się, że na miejscu drogi, którą mieliśmy jechać, była nowa, która nie do końca nam odpowiadała. Musieliśmy dojść spory kawałek, żeby znaleźć się na jakiejś stacji. Kiedy dotarliśmy, okazało się, że jest ona nieczynna, ale z racji tego, że nie mieliśmy za bardzo wyboru, zaczęliśmy łapać. Po chwili zatrzymała się karetka i choć z początku byliśmy przekonani, że nie dla nas stanęła, kierowca zaczął do nas machać. Po ustaleniu kierunku jazdy wpakowaliśmy się do środka. Z początku było całkiem zabawnie, ale kiedy zorientowałam się, że wyposażenie (a raczej jego brak) i higiena (krew na drzwiach) tego pojazdu zostawiają wiele do życzenia, zaczęłam się zastanawiać czy Ci panowie to na pewno lekarze, a nie przypadkiem porywacze. Na szczęście dojechaliśmy bezpiecznie na następną stację. Panowie trzy razy upewniali się, czy to tutaj chcemy wysiąść, a my pewni siebie odpowiadaliśmy, że tak. Kiedy furgonetka odjechała już nie byliśmy tacy pewni. Ta stacja również nie wyglądała jakby była otwarta od conajmniej pięćdziesięciu lat. Było ciemno, a my znaleźliśmy się w miejscu, które okazało się miastem duchem. Zero świateł, wyjące psy i jacyś gostkowie co jakiś czas przechodzący po drugiej stronie ulicy. Zdecydowanie nie było nam już do śmiechu. W pewnej chwili turkot skuterka rozwiał nudę. Podjechał do nas pan, który był zdecydowanie za duży na tak mały motorek. Zapytał się co tu robimy i zdziwiony, że zapuściliśmy się w te rejony stanowczo zaczął nam odradzać dalszego stopowania. W okolicy kręciła się mafia. Przynajmniej tak uważał ten (że tak to ujmę lekko świrnięty) człowiek. Zaczął wymachiwać rękoma, próbując nam wytłumaczyć, że okolica jest naprawdę niebezpieczna. Powtarzał nieprzerwanie, że grasuje tu „mafija”. Po czasie okazało się, że chciał nas naciągnąć na nocleg.

Okolica jednak naprawdę nie była ciekawa. Podczas żywej dyskusji z panem od skuterka, podjechał samochód (oczywiście stary mercedes), panowie którzy z niego wysiedli zapytali się dokąd chcemy się zabrać i okazało się, że nie ma problemu, żeby nas podwieźli. No przynajmniej dla nich nie było problemu, bo zażyczyli sobie 50€ od osoby. Kierowca spokojnie wytłumaczył nam, że to nic groźnego, bo przecież jest policjantem i nawet na dowód tego pokazał nam legitymację i mundur. My jednak nie poszliśmy na to. Było późno i ciemno, a z minuty na minutę robiło się coraz dziwniej. Ludzie zaczepiali nas i próbowali naciągnąć to na nocleg, to na przejazd. Na ulicach nie było ani jednej kobiety. W końcu doszliśmy do okolicy, która wydała się bardziej bezpieczna. Kamil zaczepił panów siedzących w restauracji z pytaniem o przystanek autobusowy. Z dłuższej rozmowy wynikło, że zapraszają nas na nocleg. Po chwili przyszła jakaś miła pani, która przyjęła nas do swojego domu. W końcu trafiliśmy na dobrych ludzi. 

Następnego dnia ruszyliśmy i wcale się już nie zastanawialiśmy czy łapiemy stopa czy nie. Po pierwsze bardzo trudno było znaleźć kierowcę, który nie żądałby od nas pieniędzy (prywatne taksówki są w Albanii bardzo popularne – ludzie chcą dorobić sobie na każdy możliwy sposób), a po drugie nie czuliśmy się bezpiecznie w tej miejscowości. Szliśmy w stronę dworca, ale oczywiście okazało się, że jest nieczynny. Naszą ostatnią nadzieją był przystanek autobusowy. Znajdował się on w centrum miasta i żeby do niego się dostać, trzeba było przejść przez główną ulicę, na której działy się rzeczy, których już nigdy nie „odzobaczę”. Bezpańskie, wychudzone psy leżały obok ludzi sprzedających kolby kukurydzy i arbuzy. Zatrważająca ilość żebraków. Kiedy myślałam, że nic mnie już nie zdziwi jeden sprzedawca rozwinął przede mną ogromny koc od chanel, a zaraz potem drogę przeciął nam pan na rowerze z dziesięcioma martwymi kurczakami przy kierownicy. Atrakcji po drodze nie brakowało, ale w końcu dotarliśmy na miejsce. Przystanek autobusowy to zdecydowanie dumna nazwa dla tego miejsca. Ciężko było odnaleźć się w tym gwarze, starając się jednocześnie, żeby żaden z autobusów (typu jelcz) nas nie przejechał. Po chwili zaczepił nas chłopak z biura turystycznego, które oferowało przejazdy do Aten. Zagadał skąd jesteśmy, a kiedy odpowiedzieliśmy, że z Polski od razu nas polubił – miał dobrego kolegę Polaka, z którym był dwa lata w więzieniu. Dał nam nawet rabat 5€ do każdego biletu, więc kiedy tylko upewniliśmy się, że z biurem wszystko w porządku, pozostało nam czekać na odjazd.

To wszystko to jeden ogromy skrót, tego co nas spotkało (którego i tak większość pewnie nie przeczytała, bo wcale jak skrót nie wygląda – brawa dla tych, którzy podołali!) 😀 Trochę przykro mi jest, że nie poznaliśmy Albanii najciekawszej i najpiękniejszej. Z drugiej strony wiem, że była to prawdziwa Albania, a te przygody sprawiły, że chciałabym odczarować złe wrażenie i jeszcze tam wrócić, żeby doświadczyć co wspaniałego oferuje ten kraj.

W KOŃCU DOJECHALIŚMY!   

Po kilku niezbyt interesujących godzinach spędzonych w autobusie, w końcu dojechaliśmy do Aten. Był poniedziałek, 8:00 rano, a na ulicach prawie nikogo nie było. Jakie wielkie było nasze zdziwienie kiedy okazało się, że Grecy w poniedziałki sklepy otwierają dopiero ok 13:00. Cóż, po weekendzie przecież też trzeba odpocząć. 😀 Musieliśmy trochę poczekać na nasz pokój w hotelu, więc postanowiliśmy znaleźć jakąś otwartą kawiarnię, żeby zjeść śniadanie. Na szczęście po dłuższym spacerze coś się znalazło. Zjedliśmy słodkie pieczywo i żeby nie marnować czasu udaliśmy się do pierwszego muzeum. Nie byliśmy jednak w pełni sił, więc kiedy tylko mogliśmy odebrać klucze do pokoju położyliśmy się na chwilę spać. Wyspani, byliśmy gotowi na podbój Aten. 🙂

 

JAK SPĘDZIĆ KILKA DNI W ATENACH?

W samych Atenach spędziliśmy 4 pełne dni, podczas których zdecydowanie się nie nudziliśmy. Antyczne miasto oferuje wiele miejsc, które warto zobaczyć. Poza tym jest przyjazne studentom (podobnie jak Paryż) – młodzi obywatele Unii Europejskiej (do 26 lat) mają wstęp za darmo do większości atrakcji. Z pewnością weekend nie wystarczy, żeby nasycić się tym miastem. Choć nawet w cztery dni nie zobaczyliśmy wszystkiego, to i tak uważam, że to optymalna długość pobytu. Gdybyśmy bardziej się spięli to z pewnością wszystko byśmy „odhaczyli z listy”. Nie o to jednak chodziło 😉 . Tak czy siak pewną listę (wszystko to co zdążyliśmy zobaczyć i zrobić) warto mieć i oto podaję ją Wam jak na tacy. A i oczywiście zakłada ona tanie podróżowanie, bo jakżeby inaczej. 🙂

CO ZOBACZYĆ? 

Akropol – tego miejsca raczej przedstawiać nie trzeba. To chyba po to przyjeżdżają wszyscy turyści do Aten. Wzgórze będące miejscem kultu i kompleksem świątyń. Do budowli tam znajdujących się należą: Parteon, Erechtejon, Świątynia Ateny Nike, Propyleje, Pinakoteka. Nie będę robić z tego wpisu lekcji historii, najlepiej wszystkiego dowiedzieć się na miejscu. Dodam tylko, że niesamowite uczucie towarzyszy będąc na szczycie, nawet bez ambrozji.  A i wejście dla studentów za darmo, inni płacą 13€.

 

Parteon
Parteon

Odeon Heroda Attyka – budowla położona przy Akropolu. Miejsce przeznaczone do występów muzycznych i teatralnych, coś jak amfiteatr koszaliński, tylko zbudowane w bardziej starożytnym stylu. 😛 Wejście za darmo dla odwiedzających Akropol.

Teatr Dionizosa – starożytny teatr grecki, położony również przy Akropolu. Wejście na tych samych zasadach co Odeon Heroda.

Odeon Heroda Attyka
Odeon Heroda Attyka

Agora – to miejsce chyba też wszyscy kojarzą, chociażby z podręczników od historii. Spacerując po tym obszernym placu można wyobrazić sobie jak kiedyś żyli na codzień Grecy. Miejsce narodzin demokracji i centrum życia w starożytnych Atenach, zdecydowanie trzeba zobaczyć. Szczególnie jeśli wejście jest za darmoszkę. Tak, tak Ateny sprawiają, że chce się studiować. 😀

Forum rzymskie – taki starożytny rynek jeżycki. Wejście oczywiście 0zł dla studenciaków.

Panathinaiko – pierwszy nowożytny stadion olimpijski, wykonany z marmuru. Tutaj niestety zasmucę – żeby rozsiąść się na trybunach trzeba zapłacić za wejście, no ale tylko 2,50€ 🙂 Całą okazałość widać z zewnątrz, jednak nie mówię, że nie warto się „szarpnąć” na bilecik.

Świątynia Zeusa Olimpijskiego – a raczej jej pozostałości, w postaci kolumn. W okolicy również znajduję się Łuk Hadriana. Wstęp free.

Park Narodowy – to miejsce, które zdecydowanie trzeba odwiedzić w Atenach. Ogromny zielony teren otaczający Parlament Grecki kryje w sobie setki różnych rodzajów roślin. Idealne miejsce do zebrania sił i odpoczynku z daleka od pełnego słońca. Wejście oczywiście jest za darmo dla wszystkich. 🙂

Plaka, Anafiotika – to stare dzielnice Aten u podnóża Akropolu. Jedno z miejsc, którego nie da się przegapić i nie da się nie zwrócić uwagi na kolorowe domki, okwiecone drzewa i pełne życia knajpki. To tutaj dzieje się najwięcej w historycznej części miasta.

Budynki w uroczych kolorach – charakterystyczny wygląd Anafiotiki.

Wzgórze Aresa – najsłynniejszy punkt widokowy, oczywiście zaraz po Akropolu, położony bezpośrednio obok niego. Wejście całkowicie za darmo. Najwięcej osób przychodzi tu wieczorem zobaczyć zachód słońca oraz panoramę Aten. Niestety właśnie z racji tego, że jest to niesłychanie popularne miejsce panuje tu niesamowity gwar. Tak czy inaczej warto wspiąć się dla widoków.

Wzgórze Likavitos – ten punkt widokowy podobał mi się zdecydowanie bardziej. Był zaciszny, dalej od centrum, a panorama tak samo ładna, ba! może nawet i lepsza, bo widać wszystko aż po morze. Na szczycie znajduje się uroczy kościół i choć nie ma tu absolutnej pustki (kręci się kilku turystów), to jest tutaj zdecydowanie ciszej i spokojniej. Polecam też zaopatrzyć się w butelkę wody, bo wchodzi się dłużej niż na wzgórze Aresa, a słońce praży niesamowicie. Wejście oczywiście za darmo.

Kaplica św. Jerzego, Ateny, wzgórze Likavitos
Kaplica św. Jerzego na szczycie wzgórza Likavitos.

Muzea – po pierwsze Muzeum Akropolu, które jest bardzo dobrze zorganizowane, za darmo dla studentów no i naprawdę nie jest nudne, a to dość istotna cecha muzeów. Po drugie Narodowe Muzeum Archeologiczne. Jest to spore muzeum kryjące wszystkie znaleziska archeologiczne na terenie Grecji od prehistorii do antyku. Nie powiem, że ciekawe nie jest (bo jest bardzo!), ale ilość eksponatów przerosła moją umiejętność skupienia się przez długi czas. Tak czy siak, trzeba tu zajrzeć, będąc w Atenach. Po trzecie Muzeum Agory, które jest dość małym muzeum skupiającym się tylko i wyłącznie znaleziskach z tego miejsca. Moją uwagę szczególnie przykuły naczynia i biżuteria.

Ateny oferują jeszcze wiele innych atrakcji, my odwiedziliśmy jeszcze plażę, która była wybawieniem w ponad 35ºC upał. Łatwo można do niej dojechać komunikacją miejską (która jest tańsza niż w Poznaniu). Myślę, że i tak zobaczyliśmy dużo i nasyciłam się tym miejscem. Wymienione przeze mnie miejsca są naprawdę godne polecenia. Ateny były wspaniałym przeżyciem i niezapomnianą lekcją historii!

Kto z Was był w Atenach? Jakie są wasze wrażenia? A kto chciałby odwiedzić Ateny?

A może macie jakieś inne zabawne lub mrożące krew w żyłach historie z podróży!

Piszcie na dole! 😉


Ja już szykuję następny wpis, w którym opiszę czy warto wybrać się na Santorini. Jeśli jesteście ciekawi jakie wrażenie wywarła na mnie ta wyspa i czy można ją odwiedzić z niskim budżetem, koniecznie zaglądnijcie tu niedługo! 🙂

Co tam sobie myślisz? :)

%d bloggers like this: