6813 pokonanych kilometrów. 20 osobówek, 2 tiry, 2 kampery, autokar, traktor i karetka. W sumie 26 złapanych autostopów, a poza tym 2 pociągi, taksówka, autobus i 4 samoloty. Po niespełna miesiącu znowu jestem w domu. Wróciłam z dodatkowym bagażem pięknych wspomnień, wartościowych doświadczeń i zaskakujących historii.

Jak to się wszystko zaczęło?

Jeszcze raz sprawdzam czy wszystko spakowałam i kiedy nie widzę dookoła nic co mogłoby mi się przydać ostatecznie zapinam plecak. Wsiadam do samochodu i ruszamy w stronę dworca. Ostatnie pożegnanie na peronie – „uważaj na siebie i baw się dobrze”. Kiedy słyszę gwizdek sygnalizujący odjazd zdaję sobie sprawę, że to się w końcu dzieje. Nasza największa i najbardziej szalona podróż właśnie się zaczęła. Kierunek – Wrocław, cel – Ateny, marzenie – niezapomniana przygoda.

Następnego dnia pakujemy się do autobusu i ruszamy na wylotówkę w stronę Ostrawy. Pełni zapału zaczynamy łapać pierwszego stopa. Nasze trzymanie kciuka połączone z amatorskim układem tanecznym (efekt przeładowania entuzjazmem) po chwili daje efekty . Zatrzymuje się samochód, pytamy się dokąd mógłby pan nas podwieźć i czy zabierze całą trójkę. Po uzyskaniu satysfakcjonującej nas odpowiedzi wsiadamy i spędzając półtorej godziny jazdy na rozmowie o podróżach, docieramy do miejsca, w którym mamy szukać dalej autostopowego szczęścia. Wysiadamy przy drodze przed zakrętem w stronę granicy i nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że jest to autostrada. Jak wiadomo łapać stopa na tego typu drogach nie można. Jest to zakazane i zdecydowanie nie bezpodstawnie, bo najbezpieczniejszym miejscem dla pieszych autostrada nie jest. Trzeba się więc szybko ewakuować i dojść na najbliższą stacje benzynową. Po chwili marszu zauważamy drzwi ewakuacyjne, Kamil otwiera je mocnym szarpnięciem klamki i przed nami ukazuje się skąpana w słońcu łąka, a na horyzoncie dom, który daje nadzieję, że jest tam droga. Mija kilkadziesiąt minut, zmęczeni ciężarem plecaków docieramy do drogi, która raczej prowadzi do centrum wsi niż na autostradę. Nawigacja niestety postanawia sobie z nas pożartować, więc nie zostaje nic innego niż znaleźć kogoś, kto mógłby nas nakierować w dobrą stronę. Pierwsze zapytane przez nas osoby nie udzielają nam odpowiedzi, która jakkolwiek rozwiałaby nasze wątpliwości . Po przejściu całej tej urokliwej miejscowości droga się kończy i postanawiamy nie ufać więcej wariującej nawigacji. Na szczęście na naszej drodze pojawia się pan, który jako jedyny udziela nam wartościowej informacji, niestety złej. Okazuje się, że nie ma możliwości wydostania się z tego miejsca na stację inaczej niż autem. W okolicy ilość samochodów można policzyć na palcach jednej dłoni, więc w końcu zdesperowani zamawiamy taksówkę, która dowozi nas do celu. Cóż za amatorskie rozpoczęcie autostopowej wyprawy…

przygoda backpakers
Wszyscy ci, którzy kiedykolwiek porwali się na autostopowe przygody wiedzą, że takie podróżowanie przywraca wiarę w ludzi. Słyszałam wiele historii o tym, że ktoś nadrabiał kilometrów specjalnie dla autostopowiczów, dawał drobne pieniądze, zapraszał na obiad czy nawet oferował nocleg. Nie liczyłam na to, że kiedykolwiek mnie się to przydarzy. A już na pewno nie sądziłam, że zostaniemy obdarowani taką ilością bezinteresownego dobra, jaką otrzymaliśmy w Wiedniu. 

Kiedy dojechaliśmy na dużą stację benzynową, na której w końcu pojawiła się nadzieja na pokonanie dłuższego dystansu, od razu zaczęliśmy łapać. Pomimo tego, że wiedzieliśmy, że w trójkę trudniej się jeździ to nie chcieliśmy się rozdzielać. Po jakimś czasie musiał jednak nastać ten moment. Chcieliśmy za wszelką cenę wydostać się tego dnia z Polski. Po kilku godzinach stania z kartonem i nagabywania ludzi uśmiechy zeszły nam z twarzy. Już nie było tak łatwo jak za pierwszym razem. Doszliśmy do wniosku (albo przynajmniej ja), że chyba nie mamy wystarczającego szczęścia albo daru przekonywania, skoro połowę przebytych kilometrów tego dnia pokonaliśmy taksówką. Zaczęliśmy więc szukać dojazdu osobno. I wtedy jak przy pomocy magicznej różdżki pojawił się pan, który zaoferował się zabrać nas do Wiednia. Mówią, że co nagle to po diable, ale to co nas spotkało z pewnością nie z diabłem, ale z aniołami miało coś wspólnego. Z początku sceptycznie podeszłyśmy do zaistniałej sytuacji, bo kierowca czarnego volkswagena transportera entuzjazmem nie tryskał (do zabrania nas namówił go tirowiec, z którym zdążyliśmy się już zaprzyjaźnić), a w samochodzie były same dziewczyny, co (dla mojego podejrzliwo-detektywistycznego umysłu) mogło znaczyć, że niski, chudy i małomówny pan je uprowadził. Po krótkiej rozmowie popukałam się w głowę. Okazało się, że był to przewóz z firmy, która realizuje przejazdy na trasie Kraków-Wiedeń. Odetchnęłam z ulgą.

Pojechałyśmy we dwie, zostawiając Kamila umówionego na transport tirem. Mieliśmy się spotkać następnego dnia w Wiedniu i ruszyć dalej znowu razem. (Plany się jednak trochę pokomplikowały i nasz kompan wylądował w Wenecji, ale to już zupełnie inna historia). Wracając do czarnego transportera, podczas jazdy w przerwie między kurczowym trzymaniem się fotel (ten chudy pan miał zdecydowanie ciężką stopę) szukałyśmy noclegu w Austrii. Miałyśmy jakieś dwie godziny i zero perspektyw. Podczas rozmowy z siedzącą obok dziewczyną wyłoniło się pytanie o to gdzie śpimy, a my nieco (albo nawet i bardzo) zażenowane powiedziałyśmy, że jak na razie nie mamy innej opcji niż powłóczyć się po mieście. Choć nasza wypowiedź nie miała ani odrobiny tonu prośby w odpowiedzi otrzymałyśmy mniej więcej tak brzmiącą propozycję – „Jak nie macie gdzie spać, to możecie przenocować u mnie. Co prawda nie mam dużego mieszkania, ale nie zgodzę się na to, żebyście szwendały się nocą po Wiedniu”. Moją pierwszą reakcją był szok, potem lekkie zawstydzenie. Nie jestem przyzwyczajona do takich ofert, więc moim naturalnym,  odruchem było grzeczne podziękowanie, bo przecież nie miałyśmy jak się odwdzięczyć. W tym przypadku jednak trzeba było schować honor głęboko do kieszeni i przyjąć bezinteresowne dobro, bo innego dachu nad głową tej nocy byśmy nie miały. Ucieszone kawałkiem podłogi w bezpiecznym miejscu nie byłyśmy świadome, że ta propozycja tylko rozpoczęła lawinę dobra jaka nas przygniotła.

Po 22:00 dojechałyśmy na miejsce. Było zupełnie ciemno i byłyśmy zmęczone po całym dniu, więc w sercu szczerze dziękowałam że spotkałyśmy tę dziewczynę. Kiedy przekroczyłyśmy próg mieszkania zaczęłyśmy wysłuchiwać przeprosiny za niedokładne posprzątanie, jakbyśmy były wyczekiwanymi gośćmi. Zapytałam się gdzie możemy się rozłożyć, żeby jak najmniej przeszkadzać, ale zamiast odpowiedzi, której się spodziewałyśmy, (czyli że mamy miejsce na rozłożenie karimat w korytarzu)  otrzymałyśmy podwójne łóżko w osobnym pokoju, do tego wiatraczek, który był zbawienny w upalny lipiec. Wszystkie byłyśmy padnięte, dlatego po niedługiej rozmowie umyłyśmy się i położyłyśmy do łóżek, o których nawet nie marzyłyśmy tego dnia. Kiedy rano wstałam i upewniłam się, że to wcale nie był sen, cicho na palcach przeszłam do łazienki, żeby nikogo nie obudzić. Jednak niepotrzebnie, bo nikt już nie spał. Gosia nie mieszkała sama, ale z bratem. Skradając się po korytarzu w tak małym mieszkaniu nie zostałam niezauważona. Z początku nie wiedziałam jak zareaguje na naszą obecność w jego domu, więc w bardzo delikatny sposób próbowałam nawiązać rozmowę. Wszelkie moje obawy okazały się niepotrzebne, bo już po chwili okazało się, że Łukasz jest rozgadanym i sympatycznym człowiekiem. Z rozmowy dowiedziałam się, że jego siostra poszła do sklepu po coś na śniadanie. Wróciłam do pokoju dobudzić Anię i niedługo potem wszyscy siedzieliśmy przy jednym stole jedząc śniadanie i pijąc kawę. Rozmawialiśmy na przeróżne tematy począwszy od dziwnie zachowujących się kotów, skończywszy na inteligencji emocjonalnej ludzi. Niespostrzeżenie szybko zleciał czas, a my nie chcąc dłużej przeszkadzać postanowiłyśmy wykorzystać fakt, że znalazłyśmy się w Wiedniu i co nieco zwiedzić. Dobroci jednak nie było końca. Szybko okazało się, że Łukasz bardzo interesuje się historią i zna każdy wart uwagi zakamarek w Wiedniu. Okazało się również, że ma dzień wolny i chęci, żeby oprowadzić nas po mieście. Założyłyśmy więc buty i ruszyłyśmy za naszym przewodnikiem. Miałyśmy okazje nie tylko zobaczyć piękną wiedeńską architekturę, ale dowiedzieć się o historii najważniejszych miejsc z dokładnością, co do dat powstania. Czas niespostrzeżenie minął i w końcu nastał czas na pożegnanie. Ciężko jest się rozstawać wiedząc, że najprawdopodobniej nigdy nie będzie miało się okazji odwdzięczyć. Choć do końca nie czułam się z tym dobrze to byłam pewna, że Gosia i Łukasz mieli niezmierną radość z tego, że mogli nam pomóc. Wymieniliśmy się szczerymi uściskami, życzeniami i uśmiechami, po czym ruszyłyśmy dalej w świat z kartonową tabliczką.

Wiedeń Belweder

autostop

Jestem niezmiernie wdzięczna, za to co nas spotkało. Nie tylko dlatego, że miałyśmy gdzie spać, ale też dlatego, że ci ludzie pokazali nam jak wiele dobra jest wokół. Już na zawsze zostaną w mojej pamięci i będą mi przypominać, żeby zawsze kiedy mamy okazję pomagać innym. Dziękuję za to doświadczenie!

2 thoughts on “AUTOSTOPEM DO ATEN. JAK TO SIĘ WSZYSTKO ZACZĘŁO?”

Co tam sobie myślisz? :)

%d bloggers like this: