Po wyjeździe z Florencji w moim sercu na chwilę zagościła pustka. Nie ukrywam, że to właśnie to miasto było najbardziej wyczekiwanym punktem całego wyjazdu i jednocześnie jego centrum, więc gdy wsiadłam do autobusu w kierunku Bolonii czułam, że kolejna przygoda powoli zbliża się ku końcowi. Nie rozmyślałam o tym jednak zbyt długo, bo zmęczona wrażeniami szybko usnęłam i kiedy się obudziłam, byłam już w „czerwonym mieście”.

Czerwone miasto

Znałam to określenie już dawno temu, ale jakoś o nim zapomniałam i przeszukując w internecie ciekawostki o Bolonii wcale na nie nie trafiłam. Nieświadoma wysiadłam więc z autobusu i kierowałam się w stronę centrum. Zachwycona, nadziwić się nie mogłam, jakie to miasto jest pomarańczowe. 😀 Dopiero później zostałam uświadomiona, że przecież znajduję się w sławetnym „czerwonym mieście”, nie pomarańczowym. No cóż, sprawa bolońskiej zabudowy chyba działa na takiej samej zasadzie co białe winogrona, które przecież są zielone i wszyscy doskonale o tym wiedzą.

najlepszy widok na Bolonię

Przechadzając się tak zabytkowymi uliczkami na nowo rozbudził się we mnie entuzjazm i całkowicie zapomniałam o tym, że następnego dnia miałam samolot powrotny do Polski. Przede mną był jeszcze cały dzień odkrywania nieznanych zakątków tego miasta, które jak się okazało, było bardziej urocze niż się spodziewałam. Kiedyś przeczytałam, że w Bolonii producenci parasolek nie mają czego szukać. Choć podczas mojego pobytu nie padało, to przyznaję rację autorowi tych słów. Charakterystyczne arkady ciągnące się przez całe historyczne centrum sprawiają, że nie straszna nawet największa ulewa. Ich całkowita długość to 37 km, która czyni je najdłuższymi na całym świecie!  Choć może zdawać się to niezbyt przydatną w życiu ciekawostką, to zapewniam Was, że dzięki tym arkadom Bolonia wyróżnia się na tle innych miejscowości. Po wizycie w przeszło jedenastu włoskich miastach i miasteczkach po raz pierwszy znalazłam się w miejscu, w których ulice mają swój charakterystyczny klimat. Spacerując nimi miałam wrażenie jakbym cofnęła się w czasie.

arkady w Bolonii

W Bolonii miałam przyjemność być oprowadzona przez lokalnych mieszkańców, a była to przyjemność nie tylko ze względu na to, że dowiedziałam się sporo o historii tego miasta, ale też dlatego, że miałam okazję zjeść *uwaga* najlepsze gelato w moim życiu. Od czasu gdy znalazłam się w Rzymie przed wyborem trzech smaków spośród stu pięćdziesięciu, myślałam że już nigdy nie będę musiała dokonywać tak trudnej decyzji. A oto znalazłam się w miejscu, gdzie choć wybór był mniejszy, to równie trudny, bo finezja i wyrafinowanie smaków sięgała najwyższego poziomu. Na szczęście podołałam wyzwaniu i zdecydowałam się na obiadową porcję trzech wariantów, których perfekcyjności nigdy nie zapomnę. Oczywiście nie trafiłabym do tego niemalże surrealistycznego miejsca z polecenia tripadvisor’a, yelpa czy innego tego typu portalu. Ilość zakrętów i tajemniczych przejść była na tyle duża, że nie udało mi się już później tam trafić (choć bardzo chciałam zjeść tam jeszcze kolacje). Nie pamiętam nazwy, nie pamiętam adresu – widocznie tylko raz dane mi było doświadczyć tak idealnej rozkoszy.

najlepsze gelato (lody) w Bolonii Zignorujcie proszę mój mało fotogeniczny palec i mało instagramowe tło. To zdjęcie zawsze sprawia, że napływ śliny w ustach odbiera mi mowę, by opisać ten smak. Tylko spójrzcie na tą rozpływającą się pistację i tą czekoladę, posypaną najwyśmienitszym pyłem brownie. Mmmm… niebo. 

OK, WRÓĆMY NA ZIEMIĘ.

Przedzierając się przez arkady, których datowanie przypada na lata od wieku XI do XVI niemalże poczułam się jak w muzeum. Gęsta zabudowa średniowiecznej metropolii, zaskakujące zakręty i wąskie przejścia sprawiły, że mapa na nic się nie zdała. Dobrze, że moi przewodnicy doskonale znali miasto i bezproblemowo przechodziliśmy w tym bolońskim labiryncie z punktu A do punktu B.

Bolonia nazywana jest średniowiecznym Manhattanem. Kilka wieków temu były tam budowane liczne wieże, które miały pełnić funkcje obronne. (Hmmm… kto wie może też miały ułatwić mieszkańcom przemieszczanie się po mieście – bo przecież zagadkę labiryntu zdecydowanie łatwiej rozwiązać z lotu ptaka). Zbudowano ich niemalże dwieście, jednak wojna bezlitośnie zniszczyła zabytkowe drapacze chmur. Dziś w Bolonii zostało ich zdecydowanie mniej, a dwie stały się nie tylko symbolem miasta, ale idealnym punktem widokowym. Chcąc wejść na wieżę Asinelli nie przewidziałam jednego – długiej kolejki, w której zmarnowałabym dwie godziny z życia. Miałam szczęście, że oprowadzający mnie znajomi znali jeszcze jeden punkt widokowy, czynny tylko w soboty, czyli akurat w ten dzień. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że widok z dzwonnicy katedry św. Piotra jest najlepszym widokiem na Bolonię, ponieważ można oglądać nie tylko niekończące się morze czerwonych dachówek, ale też i wieże, które są elementami charakterystycznymi miasta. Niewielu pewnie wie, że choć skryte w cieniu Krzywej Wieży w Pizie, tak naprawdę one mają większe odchylenie od pionu.

wieża Asinelli - Bolonia

czerwone miasto - Bolonia

Po pokonaniu kilkuset schodków dzwonnicy można oglądać niepomniany widok, który nie powtarza się w żadnym innym włoskim mieście. Tutaj nie ma miejsca na modernistyczną architekturę. Bezkres starych budynków, których ścisk sprawia, że z góry nie widać nawet skrawka ulicy nadaje sensu porównaniu Bolonii do Morza Czerwonego. Coś niesamowitego.

czerwone miasto Bolonia

Będąc w Bolonii nie sposób nie trafić na Piazza Maggiore – serce miasta bez przerwy tętniące życiem. To tutaj mieszają się turyści z lokalnymi, którym wcale nie przeszkadza gwar nieznanych języków i pstrykające aparaty. Schody pod Bazyliką San Petronio służą im jako miejsce spotkań, a fontanna Neptuna jako punkt orientacyjny. Średniowieczny klimat jest przełamany energią młodych ludzi. Bolonia to przecież miasto studenckie – to tutaj został założony pierwszy na świecie uniwersytet!

Piazza Maggiore - Bolonia

Bazylika San Petronio - Bolonia

Bolonia skrywa w sobie mały sekret. Niewielkie okienko, które otwiera widok na kanał. „Mała Wenecja” nie bez przypadku z czasem staje się coraz bardziej popularna. W przewodniku raczej nie znajdziecie jeszcze o niej wzmianki – ja dowiedziałam się o niej dzięki Instagramowi. To bardzo przydatne źródło, z którego zawsze korzystam, żeby odkryć miejsca mniej znane, a warte zobaczenia.

Mała Wenecja - widok na kanał z małego okienka - Bolonia

Bolonia nie obfituje (oprócz kilku kościołów, placów i dwóch wież) w ilość popularnych zabytków. Jej największym atutem jest całość sama w sobie. Wszechogarniająca czerwień (bo przecież nie pomarańcz) ma niesamowitą moc przenoszenia w przeszłość, a atmosfera tworzona przez młodych ludzi jest zaprzeczeniem muzealnej powagi. Och, Bolonia ma to coś w sobie, co sprawia, że chce się wrócić! Nie tylko po to, by odnaleźć tę najlepszą gelaterię. 😉

Kto był w Bolonii?

Jeżeli macie jakieś pytanie dotyczące miast, które opisuję (dojazd, nocleg, fajne zakamarki itp.) śmiało piszcie! 🙂 Żeby rozwiać wszelkie wątpliwości zaznaczam, że wszystko oczywiście organizuję sama, bardzo niskimi kosztami. 🙂

Tym wpisem kończę kolejną włoską przygodę, która na zawsze zostanie mi w pamięci.

Teraz pora na Paryż! 🙂

Ciao!


Powiązane:

Florencja

Mediolan

 

2 thoughts on “BOLONIA – CZYLI POWRÓT DO PRZESZŁOŚCI”

Co tam sobie myślisz? :)

%d bloggers like this: