Uuff… Mamy listopad za sobą. Deszczowe i mgliste dni, w które nie chce się wychodzić z bezpiecznej strefy, obejmującej łóżko i okolice lodówki, zdecydowanie nie ładowały mnie pozytywną energią. Dodatkowo zajęcia na uczelni i dłużące się wykłady nie dawały mi perspektywy ekscytującego miesiąca. Jednak, jako, że kobietą jestem i nic co kobiece nie jest mi obce, gdy mym oczom ukazał się czerwony baner z napisem promocja, humor poprawił mi się momentalnie. W tym właśnie momencie wiedziałam co będę robić w następny weekend (i nie, nie był to zakupowy bzik w czarny piątek, ale coś zdecydowanie fajniejszego!). Otóż… Siedząc sobie wygodnie na jednym z moich ulubionych, czwartkowych wykładów i mając w pamięci reklamę, która świadomie wzbudziła we mnie zainteresowanie, kupiłam bilet za 19zł do Budapesztu. Nie tylko podróż, ale samo jej planowanie już wprawiło mnie w różowy nastrój, dlatego pozostałe dni do wyjazdu urozmaicałam sobie czytaniem blogów, przewodników i ciekawostek o tym mieście. Kiedy nadszedł dzień wyjazdu, prosto z wydziału ruszyłam na dworzec, żeby rozpocząć kolejną przygodę.

Dużo naczytałam się o tym jaki Budapeszt jest piękny i jak bardzo warty jest odwiedzenia.  Koniecznie musiałam to sprawdzić sama! Podekscytowana byłam nie tylko tym, że w końcu zobaczę to miasto, ale też tym, że to moja pierwsza przygoda solo. Dla niektórych może wydawać się to przerażające, albo przynajmniej nudne, ale uwierzcie mi, było fantastycznie! Wyzwanie logistyczne, jakim jest zaplanowanie i nie zgubienie się, tylko mnie podkręca, a bycie samym determinuje do poznania nowych ludzi. Żadnego dnia nie czułam się samotna, a spędzony czas z nowo poznanymi ludźmi był niezapomnianą szansą na podzielenie się ciekawymi historiami i doświadczeniami.Być może nie zabrzmię nadto odkrywczo, ale absolutnie potwierdzam wszystkie pozytywne opinie na temat tego miasta. Co więcej, powiem nawet, że dodatkowo pozytywnie mnie zaskoczyło. Dojeżdżając na miejsce pogoda nie była obiecująca, a korowody czarnych parasolek nie wprawiały w optymistyczny nastrój. Zmęczona nocną podróżą miałam plan dojechać do hostelu, chwilę tam odpocząć i przeczekać deszcz. W czasie mojej podróży metrem nastąpiło jednak cudowne przejaśnienie. Wychodząc na stacji Rákóczi tér po raz pierwszy zobaczyłam ulice Budapesztu i w tym momencie zakochałam się. Szybko więc zmieniłam plany, wzięłam szybki prysznic, wypiłam kawę i ruszyłam zobaczyć więcej. dsc_4102

dsc_4072Tak jak w każdym innym mieście, w Budapeszcie są miejsca, które trzeba zobaczyć. Są też oczywiście i takie, które nie są zaznaczone na mapie turystycznej. Jak już wiecie, jestem propagatorką pieszego zwiedzania, dlatego też i teraz postanowiłam zaplanować trasy, aby dochodząc do przystanków turystycznych zobaczyć dodatkowo jak najwięcej. Zaczęłam od pobliskiej mojemu hostelowi bazyliki św. Stefana, z której dachu można oglądać panoramę miasta. Pierwszego dnia wiało niemiłosiernie, więc wejście było zamknięte. Następnego dnia miałam na szczęście okazję sprawdzić moją kondycję na ponad 300 schodach. Nie sądziłam, że będę miała tak dobry czas we wspinaczce z obciążeniem, jakim były 3 swetry, puchówka i koco-szal. Lekko zdyszana przekroczyłam próg drzwi na taras widokowy i moim oczom ukazał się niesamowity widok na miasto. Spędziłam jakieś pół godziny usiłując zrobić zdjęcie oddające rzeczywiste piękno panoramy, ale jak nie trudno się domyślić, żadne z nich nie oddało w pełni tego co widziałam. Obeszłam więc kilka razy taras dookoła i kiedy zaczęło się robić coraz bardziej tłoczno zeszłam na dół, żeby przypadkiem nie stać się ofiarą pt.: „mistrz drugiego planu”. Ruszyłam w stronę drugiej części miasta – Budy. Przeszłam przez most łańcuchowy, żeby zobaczyć najsłynniejsze ujęcie parlamentu. Wiatr nie ustępował, więc nie dość, że prawie mnie zdmuchnęło, to wszystkie zdjęcia, które zrobiłam okazały się nieostre. Dałam więc spokój i skierowałam się w stronę zamku Budy i Baszty Rybackiej. Kiedy po nie krótkim spacerku udało mi się dojść na wzgórze zamkowe znowu mogłam oglądać widok na cały Budapeszt. Moim zdaniem właśnie tutaj jest najlepszy widok, ponieważ obejmuje całe miasto, ale też nie jest zbyt wysoko, żeby nie móc zobaczyć konkretnych obiektów. Och! Poza tym Baszta Rybacka wraz z kościołem św. Mateusza – koniecznie trzeba zobaczyć, bo robi wrażenie! Troszkę czasu tam spędziłam, umilając sobie czas jabłkowo-cynamonową herbatką z termosu, więc gdy wybiła ta jakże wieczorowa godzina 15:30, w której dzień powoli zaczął się chować, miałam okazję oglądać najładniejszy widok na Budapeszt, który mimo niezbyt wysokiej temperatury ok 0°C zdawał się roztapiać w różowym, zachodzącym słońcu. dsc_4523

fullsizerender-65

dsc_4275Jeśli zastanawiacie się czy grudzień jest dobrą porą do zobaczenia Budapesztu to daję moje słowo, że jest. Atmosfera zbliżającego się Bożego Narodzenia daje się odczuć tutaj nie tylko, dzięki czekoladopodobnym mikołajom w marketach, ale też dzięki licznym jarmarkom. Mieszający się zapach węgierskiego jedzenia ze świąteczną muzyką, grzanym winem i lokalną pálinką, są wystarczającymi powodami do grudniowego wyjazdu. Będąc w nowych miejscach nie tylko zwiedzanie, ale i próbowanie lokalnego jedzenia jest sposobem poznania kultury, a jako, że ja z jedzeniem lubimy się bardzo, nie mogłam odmówić sobie prawdziwej węgierskiej gulaszowej i langosza. Jeśli byliście w Budapeszcie i nie spróbowaliście to lepiej wróćcie, a jeśli jeszcze was nie było to polecam. A, i koniecznie zostawcie miejsce na węgierskiego strudla! Chociaż mimo wszystko radzę podzielić z kimś porcję tego wszystkiego, bo nawet ja nie podjęłam się tego wyzwania! 😀

W następnych dwóch dniach, pokonywałam kolejne kilometry poznając wiele innych budapesztańskich miejsc. Nie sposób opisać wszystkiego, zresztą nawet nie chcę się tego podejmować, bo przewodników już jest sporo, a ja nie czuję się upoważniona do pisania czegoś ponad subiektywnego. Dlatego też, zakończę bardzo nieobiektywnym wnioskiem, do którego doszłam już pierwszego wieczoru, spacerując wzdłuż Dunaju. Budapeszt jest najpiękniejszym miastem nocą, które widziałam do tej pory (oczywiście nie ujmując mu uroku za dnia). Jeszcze wielu miejsc nie widziałam, ale do tej pory żadne miasto nie wywarło na mnie takiego wrażenia po zajściu słońca. 🙂 dsc_4666

dsc_4683

dsc_4481

dsc_4314

O tak, Budapeszt z pewnością jest miastem, do którego się wraca. Ja wrócę na pewno. Choć grudniowy urok mnie oczarował, to następnym razem odwiedzę je latem, kiedy nie będę musiała nosić trzech swetrów i herbaty w termosie! 😀

Kto z Was był w Budapeszcie? 🙂

xx

 

 

 

 

 

6 thoughts on “BUDAPESZT, CZYLI PIERWSZA PRZYGODA SOLO”

  1. Zazdro, już ze trzy razy zabierałem się za weekendowy wypad do Budapesztu ale zawsze coś przeszkodziło 😛
    Możesz uchylić rąbka tajemnicy jak zaplanowałaś sobie podróż oraz długość pobytu w samym mieście? Domniemam, że przesiadka w Wawie lub Kato na PB, ale też jak to się połączyło w jedną całość z przesiadkami. Mi kiedyś te czasy na przesiadkę wyszły niemiłosiernie długie ;d

  2. Przesiadałam się w Krakowie i miałam ok 1,5 godzinki na przesiadkę, w drodze powrotnej jakieś 2 godzinki, więc naprawdę znośnie. Jechałam nocnymi autobusami i byłam w Budapeszcie od piątku rano do niedzieli wieczora :). Spałam w hostelu i za wszystko wyszło 150zł. Także opłaca się, a naprawdę baaaardzo warto! 😉

  3. Mozesz kiedys zrobic wpis o tym jak dokładnie planujesz jakakolwiek podróż ? Na jakiejś stronie szukasz biletów i hosteli itd. Moim marzeniem jest pojechac w taka podróż wykorzystując jak najmniej pieniędzy a zwiedzić jak najwiecej 🙂

  4. koniecznie zrób wpis o planowaniu tanich podróży! moich rodziców jest bardzo trudno przekonać do podróży zagranicę, ponieważ twierdzą, że są za drogie a ja o tym marzę:( mam 16 lat, więc sama niestety nie dam rady nigdzie pojechać daleko

  5. oki! napewno zrobię taki wpis 🙂 mam w głowie jeszcze kilka pomysłów, może jeszcze jakieś sugestie? 😉
    ps. miło mi, że tu jesteś! dzięki! 🙂

Co tam sobie myślisz? :)

%d bloggers like this: