Wyobraźnie sobie małe, rybackie miasteczko, położone nad samiutkim oceanem, gdzie wszyscy mieszkańcy się znają i pozdrawiają wzajemnie uśmiechem na ulicy. Co drugi z nich mieszka w domku w kolorowe paski i wiedzie spokojne życie, które od czasu do czasu zakłócone jest silnym wietrzyskiem psującym im fryzury. Takie właśnie jest Costa Nova, czyli mała portugalska mieścina, której budynki do złudzenia przypominają plastikowe domki dla lalek, a mieszkańcy emanują niewymuszoną życzliwością.

IDEALNY WYPAD Z PORTO

Jak to się stało, że znalazłyśmy się w Costa Nova? Pewnego dnia, scrollując stronę główną Instagrama natrafiłam na zdjęcie przedstawiające jeden z domków znajdujących się w tej miejscowości. Odruchowo kliknęłam dwa razy w ekran telefonu, tym samym „serduszkując” post. Zauroczona zgłębiłam temat i ku mojemu zadowoleniu okazało się, że Costa Nova znajduje się wcale nie aż tak daleko od Porto. Skutek mógł być tylko jeden – zaplanowałam jednodniową wycieczkę nad ocean.

W końcu nastał dzień, kiedy w autobusie, z nosami przyklejonymi do szyby wypatrywałyśmy pasiastych domków. Wysiadłszy na ostatnim przystanku, zniecierpliwione widokiem oceanu, niemalże pobiegłyśmy na plażę. Długo wyczekiwałam tej chwili. Latami marzyłam o tym, żeby poczuć ogrom wody oceanu, pozbierać muszle z brzegu, usiąść i kontemplować chwilę wpatrując się w horyzont; pozwolić się otulić ciepłym słońcem i silnym wiatrem. Wiedziałam, że portugalskie wybrzeże mnie nie zawiedzie. Z momentem, w którym ujrzałam ogromne fale, rozbijające się z impetem o brzeg szerokiej plaży, totalnie przepadłam. Zakochana po uszy w tym widoku, jeszcze długo nie mogłam uwierzyć w to, że naprawdę stoję twarzą w twarz z Atlantykiem. Pierwszego spotkania z oceanem się nie zapomina.

PRZERAŻAJĄCY UROK 

Wróćmy z powrotem myślami do pasiastego miasteczka. Spacerując uliczkami Costa Nova można odnieść wrażenie, jakby zaraz z jednego z domków miała wyjść lalka Barbie ludzkich rozmiarów. I jest to całkiem zabawne, ale do czasu.

Po zachodzie słońca całe miasteczko pogrążyło się w ciemności, temperatura zdecydowanie spadła, a gęsta mgła ograniczała widoczność. Portugalskie miasteczko zamieniło się w mieścinę przywołującą na myśl skandynawskie kryminały. Na szczęście szłyśmy prosto na przystanek autobusowy, więc nasza wyobraźnia mogła szaleć do woli. I szalała, a po drodze się okazało, że źle sprawdziłyśmy rozkład jazdy autobusów.

Musiałyśmy czekać jakieś 2,5 godziny na powrót. Jakby tego było mało, zrobiło się przeraźliwie zimno,a wszystkie restauracje były zamknięte. Szwendałyśmy się tak zamglonymi, pustymi uliczkami. Dla zabicia nudy zaczęłyśmy wymyślać scenariusze dla kryminału, który mógłby dziać się w tej okolicy. W końcu zobaczyłyśmy przydrożny bar, który jako jedyny był otwarty. W środku siedziało starsze małżeństwo, które dawało nam nadzieję na to, że jest to bezpieczne miejsce. Telepiąc się z zimna spędziłyśmy tam jakieś 2 godziny, po czym ruszyłyśmy w drogę powrotną do Porto.

Muszę przyznać, że był to jeden z moich najlepszych dni w życiu. Nie mogłam wymarzyć sobie lepszego zwieńczenia naszej hiszpańsko-portugalskiej przygody. Pełnię szczęścia możecie zobaczyć na zdjęciu poniżej. Poplątane i posklejane włosy od soli + zachodzące słońce = nieopisane szczęście wymalowane na mojej twarzy.

Xx

One thought on “COSTA NOVA – MIASTO W PASKI”

Co tam sobie myślisz? :)

%d bloggers like this: