Wszystkie zdjęcia, historie i opowieści jakie zamieszczam w tym moim małym skrawku sieci są nierozerwalną częścią mnie. Choć to, czym się dzielę to tylko niewielkie urywki mojego życia, nie chciałabym, żeby zakrzywiały one obraz mojej rzeczywistości. Szczerość jest dla mnie bardzo ważna, a temat portali społecznościowych i zamieszczanych tam treści bardzo bliski (aktualnie piszę pracę licencjacką na ten temat). W instagramowej erze publikowania samych życiowych „highlightów” łatwo się zagalopować i w konsekwencji nie zauważać różnic pomiędzy codziennym życiem a wybranymi, najlepszymi momentami. I nie chodzi o to by dodawać selfie swojej opuchniętej od płaczu twarzy, ale raczej po prostu patrzeć szerzej i mieć świadomość, że to co widzimy to tylko część rzeczywistej układanki. Dlatego właśnie chciałam opowiedzieć o czymś, co być może wprowadzi balans między wyobrażeniami o czyimś życiu a rzeczywistością. Choć szczerze kocham moje erasmusowe życie, to nawet mieszkając w słonecznej Italii czasami ma się „ups and downs”.

Jakiś czas temu przeszłam przez erasmusowy kryzys. Jest to dolegliwość, która dotknęła nie tylko mnie, ale i kilku moich znajomych, w większym i mniejszym stopniu. Czym się on charakteryzuje? Chęcią powrotu do domu. Tak, powrotu z „wiecznych wakacji” w Toskanii do Polski. Brzmi absurdalnie, prawda? Trochę takie jest.

Nie będę ukrywać, Erasmus to bardzo specyficzny czas w życiu, który bogaty jest w niezliczoną ilość atrakcji. Atrakcji różnego rodzaju – od bliższych i dalszych podróży, po zwykłe kolacje ze znajomymi, wieczorne tandemy, imprezy do 5:00 rano czy wspólne rozgrywki sportowe. W zależności od miasta, w którym się studiuje ilość zorganizowanych rozrywek jest mniejsza lub większa. W Pizie ESN (zrzeszenie studentów, którzy zajmują się właśnie organizacją takich rzeczy) działa naprawdę prężnie. Każdy znajdzie coś dla siebie. W poniedziałki zawsze mamy tandemy, wtorki siatkówka, środy beer pong, czwartki imprezy w klubie, w weekendy często wyjazdy, wędrówki w góry, mecze piłki nożnej, koszykówki, bardziej kulturalne sprawy jak wyjścia do muzeum czy nawet wspólne czytanie poezji, akcje charytatywne i jeszcze kilka innych zajęć, o których nie pamiętam albo i nawet nie wiem. Trzeba się naprawdę postarać, by być aspołecznym.

I takie właśnie szalone i czasem przeładowane tym wszystkim życie wiodłam przez cały czas. Na przełomie pierwszego i drugiego semestru ocknęłam się i zderzyłam z rzeczywistością. Przedmioty z pierwszego semestru zupełnie nie były tym co studiowali moi znajomi w Polsce. Choć w większości ciekawe, to zupełnie nieprzydatne i nie związane z kierunkiem moich studiów. Drugi semestr zapowiadał się jeszcze gorzej. Do tego zdalne pisanie licencjatu okazało się nie aż tak wspaniałym pomysłem jak myślałam na początku. Brak regularnych seminariów, problemy z koncentracją i samodyscypliną, których przyczyną były te wszystkie wydarzenia i atrakcje oraz co najgorsze brak dostępu do bibliografii. To wszystko okazało się trudniejsze niż przypuszczałam. Czułam, że nie robię nic produktywnego, że się nie rozwijam, że czas przelatuje mi przez palce. Kiedy uświadomiłam sobie, że w tym roku kończę studia lekko się zestresowałam, bo to przecież jednak poważna sprawa. Zaczęłam codziennie sprawdzać loty do Polski.

Później widziałam jak omijają mnie urodziny ważnych dla mnie osób, rodzinne spotkania, świetne imprezy moich znajomych. Zauważyłam jak czasami trudno jest utrzymać kontakt i że wideo chat to nie to samo co rozmawiać twarzą w twarz, wyżalić się i przytulić kiedy jest taka potrzeba. Czułam, że nie zawsze jestem na bieżąco z tym co się działo w życiu moich bliskich i że jestem trochę z boku mojego własnego życia w Polsce. Zaczęłam tęsknić za starymi i prawdziwymi przyjaciółmi.

W pewnym momencie zauważyłam też jak wiele erasmusowych znajomości jest ulotnych. Większości tych osób, z którymi mam teraz kontakt, po zakończeniu Erasmusa pewnie już nigdy nie spotkam w życiu. I chociaż mam tutaj kilka naprawdę wspaniałych osób, z którymi wiem, że mogę szczerze porozmawiać i wartościowo spędzić czas, to te krótkotrwałe relacje zaczęły mnie trochę frustrować. Pod koniec lutego wyjechała też jedna z moich bliższych tutaj osób. Nie sądziłam, że rozstania z ludźmi z Erasmusa będą tak przybijające.

Czułam trochę pustkę. Wszystko mi się nagromadziło. Stres związany ze studiami, tęsknota i uczucie, że nie zapracowałam sobie na te wszystkie przyjemności. Chciałam chociaż na chwilę wrócić do Polski, spotkać się z bliskimi. Nigdy nie byłam aż tak długo poza domem. Rok w oderwaniu od rzeczywistości to całkiem sporo.

Choć historia brzmi dość dołująco, to ma ona jednak pozytywne zakończenie. Po upływie czasu i po kilku rozmowach z przyjaciółmi wiem, że to był po prostu okres przejściowy. Taka opóźniona jesienna deprecha. Pamiętam jak w lutym byłyśmy w górach i chodziliśmy w koszulkach z krótkim rękawkiem. Później jadłam z koleżanką lody siedząc na skąpanym w słońcu moście – 20 stopni w marcu? To nie zdarza się często. Potem następna podróż, kilka spotkań ze znajomymi, wspólne kolacje, rozmowy, imprezy. Pomyślałam sobie, że w sumie to trochę tęsknie, ale jednak nie wyobrażam sobie wrócić teraz do Polski. Moje życie teraz jest kompletnie inne, nieprzewidywalne, wypełnione pięknymi chwilami. Każdy dzień jest inny i ekscytujący. To się pewnie już nigdy nie powtórzy. Powinnam więc teraz z tego korzystać i czerpać profity na przyszłość. Nie zastanawiać się zbyt wiele. Po prostu żyć, a wszystko inne się ułoży. A licencjat? studia? praktyki? Zepnę się i to zrobię. Jestem tego pewna.

Teraz jak sobie myślę jak szybko zleci drugi semestr to chce mi się płakać, bo wydaje mi się, że zaraz będę musiała wracać. Mówią, że Erasmus to nie podróż, ale drugie życie, a jak to w życiu bywa są lepsze i gorsze dni. Dni kiedy myślę sobie, że życie jest niesamowite i dni kiedy muszę od rana do wieczora siedzieć w bibliotece. To nie tylko ciągła zabawa, ale też obowiązki – po prostu w trochę innych „warunkach pracy”. Cała sztuka polega na tym, żeby złapać balans. Teraz rozpoczynam drugi semestr i nie wiem czy to możliwe, ale chyba jestem nim tak samo podekscytowana jak pierwszym! Ahoj przygodo! part 2 😃

Są tu jakieś Erasmusy, które też to przeszły? 😛

Komentarze: