Po niespodziewanie dobrze zakończonej przygodzie w Wiedniu (tutaj opisana jest cała historia) nadeszła pora na kolejny kierunek – Dubrownik. Przed nami czekało 950km do celu i kolejna dawka emocjonujących doświadczeń. Pierwsze zadanie – wydostać się z Wiednia. I choć może to sprawiać wrażenie nie największego wyzwania to uwierzcie, że to nie było takie proste jak się wydaje.

Na wylotówce spędziłyśmy kilka ładnych godzin, co jakiś czas zmieniając miejsce. Po długim czasie zniechęcone zaczęłyśmy szukać autobusu do Zagrzebia (jeszcze wiele razy przeczytacie, że byłyśmy zdemotywowane do trzymania kciuka w górze). Znalazłyśmy przejazd, ale postanowiłyśmy jeszcze trochę poczekać zanim ruszymy na przystanek – może ktoś się zatrzyma. Nie stało się tak przez następny kwadrans, więc dalej traciłyśmy cierpliwość. Zamiast nas zabrać ludzie czekający na światłach naprzeciw robili nam zdjęcia, jakbyśmy były jakieś szalone czy coś. Jednak pierwsza zasada autostopu brzmi – prędzej lub później ktoś się zatrzyma. I jest to żelazna zasada, bo w końcu zatrzymał się samochód i pojechałyśmy 200 kilometrów naprzód, a potem jeszcze kolejne 150.

Następnego dnia rano dojechałyśmy na dużą stację, która dała nam nadzieję na szybkie złapanie przejazdu. Było na niej mnóstwo samochodów i prawie wszyscy jechali w tym samym kierunku co my. Niezwykle podekscytowane pozwoliłyśmy sobie na chwilę luksusu i urządziłyśmy sobie śniadanie z kawą na kuchence turystycznej. Kiedy skończyłyśmy znalazłyśmy sobie idealne miejsce, wypisałyśmy kierunek na kartonie i pełne zapału zaczęłyśmy znowu łapać. Po kilku, naprawdę dobrych kilku godzinach czekania znowu opuściły nas pozytywne myśli. Stacja okazała się wcale nie taka super, bo wszyscy tak jak my jechali na wakacje, co znaczyło, że wszystkie auta były załadowane po sufit. Po dłuższym czasie znowu zrobiłyśmy się głodne, a do tego upał niesamowicie nas zmęczył. Postanowiłyśmy odpocząć w cieniu i wrócić za jakiś czas pełne siły. W momencie, w którym zakładałyśmy plecaki podszedł do nas pan i łamanym angielskim zapytał się dokąd chcemy się dostać. Okazało się, że razem z żoną jadą w tym samym kierunku co my i mogą nas podwieźć dość spory kawałek. Pocieszone poszłyśmy za nim, a to co zastałyśmy przerosło nasze wszelkie oczekiwania. Miły pan wraz z żoną byli uroczym małżeństwem z Włoch, podróżującym kamperem po Bałkanach. Opowiadali, że przed laty podróżowali tak ze swoimi córkami i dlatego byli tak uradowani, że mogą nas zabrać – chyba przypomniałyśmy im stare czasy ;). Kiedy weszłyśmy do środka samochodu włoska gospodyni od razu nakryła do stołu. Szybko położyła obrus, rozłożyła talerzyki, sztućce, kubeczki i serwetki, a z lodówki zaczęła wyciągać jedzenie pytając się na co mamy ochotę. Głupio było odmówić tak miłej pani. Kiedy upewniła się, że niczego nam nie brakuje, w końcu ruszyliśmy, a my wcinałyśmy bułki z włoskim serem. 

Chorwacja autostop kamper
1. Nie ma to jak poranna kawa, a szczególnie z takimi widokami. 🙂 2. Kanapki na drogę muszą być!

Dalsza droga wcale nie była nudniejsza. Następnego dnia jechałyśmy z ludźmi z Teksasu, Australii i San Francisco, a rozmowy z nimi skupione były wokół fascynujących podróży. Jadąc wzdłuż chorwackiego wybrzeża widoki zapierały dech w piersiach. Nie mogłyśmy odmówić sobie zboczenia z trasy i wskoczenia do krystalicznie czystej wody morza Adriatyckiego. Jedyny minus tego spontanicznego aktu euforii był taki, że w drodze powrotnej na główną drogę nikt nas już nie podwiózł. Musiałyśmy iść z ogromnymi plecakami po (jak wtedy nam się zdawało niekończących się) schodach w przeraźliwym upale. Dodam tylko, że nie miałyśmy ani kropelki wody. Kiedy doszłyśmy na górę, nie byłam pewna czy jeszcze żyję, a obie byłyśmy tak desperacko spragnione, że musiałyśmy zapukać do drzwi pobliskiego domu z prośbą o choć łyk czegoś mokrego. Dostałyśmy wtedy całą butelkę wody, prosto z lodówki. Już nigdy nie zapomnę tego błogiego uczucia i chyba zawsze będzie mi ono przypominać jak niewiele potrzeba do szczęścia. 😀

Dubrownik Chorwacja

Kiedy doszłyśmy do głównej drogi, do Dubrownika zostało niespełna 200 kilometrów. W końcu zatrzymał się stary kamper (my chyba mamy szczęście do kamperostopu), którego kierowcą był przyjazny dziadzio z Niemiec. Szybko okazało się, że jego celem też jest Dubrownik, więc długo się nie zastanawiałyśmy. Stary kamper nie miał klimatyzacji, więc okna były otwarte przez cały czas. Ruszyliśmy i z rozwianymi włosami pędziliśmy przez autostradę. W tym momencie muszę wtrącić coś, w co możliwe, że i tak mi nie uwierzycie, bo przecież ja zachwycam się tyloma miejscami. Ale przyrzekam, że była to najpiękniejsza trasa w moim życiu i chyba długo nic jej nie przebije. Przepiękne wybrzeże, góry zanurzające się w wodzie i zachód słońca, który sprawiał, że wszystko nabrało baśniowego charakteru. Do tego rozwiane włosy i stary kamper – no może szkoda, że kierowcą był dziadzio, a nie jakiś Ryan Gosling, ale i tak było pięknie! 😀 Ale nie uwierzycie mi pewnie też dlatego, że nie mam ani jednego zdjęcia. Mój telefon służył całą drogę za nawigację. No cóż, pewne momenty można uwiecznić tylko w głowie, ale chyba właśnie też to nadaje temu wspomnieniu taką mistyczność. A gdyby tego było mało, to zbliżając się do Dubrownika widzieliśmy całą jego panoramę, nad którą wisiał złoty księżyc w pełni. Do dziś nie wierzę w to co widziałyśmy. Coś niesamowitego!

Kiedy dojechałyśmy na kemping po ciemku rozłożyłyśmy namiot (co zajęło nam dłuższą chwilę), wzięłyśmy upragniony prysznic i położyłyśmy się spać. Rano obudziłyśmy się i zanim zdążyłyśmy wypić kawę dołączył do nas nasz zagubiony towarzysz podróży. Po opowiedzeniu sobie kilku zabawnych historii z ostatniego czasu ruszyliśmy już całą ekipą do starego miasta Dubrownika. 

Dubrownik chyba nie potrzebuje specjalnego przedstawienia. Od lat w Chorwacji cieszy największą popularnością wśród turystów i choć wiedziałam, że tego roku inaczej nie będzie i tak nie mogłam odpuścić sobie wizyty w tym miejscu. Pomimo, że zrobienie sobie zdjęcia bez ludzi graniczyło z cudem, to i tak Dubrownik zachwycił mnie swoim urokiem. Stari Grad, czyli stare miasto znajduje się na Liście Światowego Dziedzictwa Kulturowego UNESCO i jest tam zupełnie nie bez powodu. Jest to przepiękny kompleks starych budynków, otoczony murami. Zapewnie wszyscy wierni fani „Gry o Tron” doskonale wiedzą, że to właśnie tam kręcono część odcinków i przyznają mi rację, że miejsce jest niesamowicie klimatyczne. Bez końca można spacerować kamienistymi uliczkami, zachwycając się to zwykłym domem, to katedrą, czy też portem.

Chorwacja jednak nie należy do najtańszych krajów Europy, a w szczególności miasta takie jak Dubrownik, nie są przyjazne budżetowym podróżnikom. Pomimo to, w tym mieście można wiele zobaczyć, jednocześnie nie wydając fortuny. Poniżej przedstawiam wam ultra króciutki subiektywny poradnik jak spędzić czas w Dubrowniku bez konieczności obrabowania banku.

1. ZGUB SIĘ W ULICZKACH STAREGO MIASTA

Stari Grad to niezaprzeczalnie największa atrakcja Dubrownika i to on przyciąga całą rzeszę turystów. Choć niewątpliwie kuszącą ofertą jest przejście murami miasta, to zapewniam Was, że słysząc cenę miny Wam delikatnie mówiąc zrzedną. Otóż zapłacenie ok. 90zł za jednorazowy spacer jest lekko wygórowaną ceną, dlatego nawet nie braliśmy tej opcji pod uwagę. Zamiast tego polecam zgubić się gdzieś w starych uliczkach miasta. Zapewniam, że nie jest to gorsza atrakcja.

2. SPRÓBUJ LOKALNEGO JEDZENIA

Każdy wie, że podróże to nie tylko miejsca, ale też jedzenie. Zamiast wydawać fortunę na stolik w portowej restauracji polecam upolować lokalne smakołyki i zabrać je ze sobą gdziekolwiek. Usiądź w porcie albo schowaj się w cieniu wąskich uliczek i delektuj się np. tradycyjnym burkiem.

Burek – tradycyjny zawijany placek, tłuściutki i pyszniutki 😉

 

3. ODPOCZNIJ NA PLAŻY

Nie tylko architektura i kuchnia są atrakcjami Chorwacji. Będąc w obszarze Dalmacji nie sposób nie wskoczyć do przezroczystej wody Adriatyku. Pośród kilku plaż w Dubrowniku każda jest darmowa i strzeżona w określonych godzinach. Nie znam lepszego sposobu na orzeźwienie podczas upalnego dnia niż zanurzyć się w zimnej wodzie morza. Tego punktu nie można przegapić w Dubrowniku!

Dubrownik

4. KEMPING ZAMIAST HOTELU

Ceny hoteli w Dubrowniku są nieziemsko wysokie. Rozwiązaniem może być spanie na kempingu pod miastem. Połączenia autobusowe nie są najdroższe i można dojechać do miasta naprawdę szybko. My za trzy noce zapłaciliśmy po 15€ na osobę i nie brakowało ani ciepłej wody, ani prądu. Cóż być może nie jest to luksusowa oferta, ale zdecydowanie tańsza.

5. SPACER ZAMIAST KOLEJKI

Kto chciałby zobaczyć panoramę Dubrownika z góry? Chyba każdy. A kto chciałby zapłacić 80zł za taką przyjemność? Chyba nikt. „Cable car”, czyli rodzaj kolejki to jedna z bardziej popularnych atrakcji miasta. Szkoda przegapić tak niesamowity widok. A co jeśli powiem Ci, że możesz mieć to zupełnie za darmo? Hmm… no może nie zupełnie, bo wymaga to od ciebie spaceru pod górę, ale zapewniam, że warto. Widoki po drodze, jak i na samej górze są nieziemskie, a dodatkową nagrodą jest ławeczka na szczycie i zupełny spokój. Nie ma tu ani jednego turysty, podczas gdy na szczycie, na który wjeżdża kolejka trudno o skrawek miejsca dla siebie.

chorwackie wybrzeże

Chorwacja, wybrzeże dalmatyńskie

Panorama Dubrownika

Dubrownik

 

Chorwacja jest zdecydowanie przepięknym krajem, pełna jest zapierających dech w piersiach widoków. Nabrałam apetytu na więcej. Jestem zauroczona tym miejscem i myślę, że jeszcze do niego wrócę, choć może w okresie, kiedy nie ma aż tylu turystów. Po trzech dniach ruszyliśmy dalej w stronę Czarnogóry, więc spodziewajcie się niedługo następnego wpisu, w którym zawalę Was zdjęciami z przepięknej Zatoki Kotorskiej! 🙂


Kto był w Dubrowniku? Jestem ciekawa jakie wy odnieśliście wrażenie. 🙂


 

 

Co tam sobie myślisz? :)

%d bloggers like this: