Aach… Florencja – od czego by tu zacząć?

Zdawać by się mogło, że po przygodach we Włoszech mogłabym nasycić się klimatem tego pięknego kraju. Fakt, muszę przyznać, że stałam się bardziej krytycznym koneserem lodów, mało która pizza smakuje wyśmienicie, mało która uliczka wprawia mnie w zachwyt i mało który kościół robi na mnie wrażenie. Mimo to, za każdym razem wracając z Włoch zakochuję się w nich jeszcze bardziej i bardziej. Jest więc tam jeszcze wiele miejsc do których chciałabym pojechać, jednak jedno miasto wyjątkowo długo nie dawało mi spokoju. Od czasu gdy opuściłam ostatnim razem włoską ziemię, Florencja zakrzątała moje myśli. Musiałam w końcu ją zobaczyć.

Po szybkiej wizycie w Mediolanie, około 20:00 wysiadłam przy dworcu Montelungo. Pewna siebie żwawo ruszyłam do przodu, jakbym znała drogę na pamięć. Po chwili marszu zorientowałam się, że kompletnie nie wiem w którą stronę się kierować. Co prawda miałam zapisaną trasę w aplikacji, ale znalazłam się w punkcie, z którego nie wiedziałam jak ruszyć dalej. Jak wszyscy wiemy – kto pyta nie błądzi, a Włosi na szczęście zawsze służą pomocą. Choć nie każdy z nich mówi dobrze po angielsku, to zdaje się, że wszyscy doskonale znają język migowy. Tak więc po krótkiej i zamaszystej pogawędce ruszyłam w stronę hostelu, oczywiście gubiąc się po drodze jeszcze kilka razy.

Po dłuższym marszu doszłam do ulicy przy której znajdował się mój hostel. Zobaczyłam duży budynek, który raczej wskazywał na to, że jest to renomowany hotel, a nie miejsce w którym miałam spać za kilkadziesiąt złotych. Pomyślałam, że pewnie tuż za rogiem jest jakieś skromne wejście, do którego powinnam się udać, ale kiedy doszłam do końca ulicy i nic nie znalazłam, cofnęłam się i zorientowałam się, że ów całkiem przyjemnie prezentujący się hotel jest moim hostelem. Niezmiernie uradowana weszłam więc do środka. W pokoju przywitało mnie grono uśmiechniętych, młodych ludzi, którzy podobnie jak ja podróżowali sami. Zanim poszłam spać zdążyliśmy porozmawiać zarówno o bzdurach, jak i o życiu. Kiedy zorientowałam się, że mówię z zamkniętymi oczami nastawiłam budzik i powiedziałam grzecznie dobranoc nowym znajomym.

Kiedy zadzwonił alarm nadzwyczaj energicznie wstałam z łóżka. Na paluszkach przemknęłam się do łazienki i po cichutku wyszłam z pokoju, bo przecież wszyscy jeszcze spali. Naprędce zjadłam śniadanie i wypiłam kawę. Czułam że entuzjazm zaraz rozsadzi mnie od środka. Nie mogłam stracić ani chwili. Wyszłam z hostelu, bez mapy i bez konkretnego planu skręciłam w lewo, kilka uliczek dalej w prawo. Po jakimś czasie znalazłam się na placu del Duomo i stanęłam jak wryta. Już dawno nic tak mnie nie zaskoczyło we Włoszech. Przyjeżdżając bezpośrednio spod kościoła w Mediolanie wpadłam w zachwyt. Na tle katedr, które oglądałam w swoim życiu (a było już ich całkiem sporo) Duomo Santa Maria del Fiore wypadła najlepiej. 

Katedra we Florencji Santa Maria del Fiore

Santa Maria del Fiore

Piazza del DuomoKiedy obeszłam już całą świątynie wzdłuż i w szerz, w środku i na zewnątrz, postanowiłam przyczaić się na kogoś kto mógłby zrobić mi zdjęcie na jej tle. Jako że było dość wcześnie na placu nie było jeszcze wielu ludzi – oprócz azjatyckich turystów, którzy kurczowo trzymali selfie sticki, w obawie by nie przegapić idealnego ujęcia. Zapytałam więc pewnej pani (która była reprezentantką wyżej opisanej przeze mnie grupy osób) czy zrobiłaby mi zdjęcie z katedrą. Ona ku mojemu zdziwieniu szybko się zgodziła i bardzo ucieszona zaczęła pstrykać serie selfie ze mną. No cóż, nie do końca o to mi chodziło… 😉

Po nacieszeniu ducha i oka ruszyłam dalej. Szłam florenckimi uliczkami, nie do końca wiedząc gdzie zmierzam. Po jakimś czasie spacerowania zobaczyłam, że jestem coraz bliżej rzeki Arno, więc kontynuowałam marsz w jej stronę. Przed wyjazdem namiętnie przeglądałam wszelkie blogi i przewodniki, więc doskonale wiedziałam co chciałam zobaczyć. Kiedy doszłam do brzegu rzeki szłam dalej kierując się w stronę Ponte Vecchio, czyli Mostu Złotników, który jest najstarszym mostem we Florencji. Można tam kupić zarówno biżuterię jak i pyszne gelato, więc każdy coś dla siebie znajdzie. 😉 

Ponte Vecchio, Florencja

Ponto VecchioBłąkając się tak nie zauważyłam kiedy minęło kilka godzin. O tym, że pora już na drugie śniadanie przypomniał mi mój burczący brzuch. We Włoszech nie mam dylematu co zjeść między posiłkami. Zawsze jest to gelato.

Szukając uprzednio na pintereście najlepszych lodziarni we Florencji natknęłam się na profil dziewczyny, która mieszkała tam kilka lat. Nawiązałyśmy kontakt i poleciła mi świetną gelaterię, gdzie mogłam w przystępnej cenie zjeść pyszne lody. Mało tego, że były naprawdę dobre to jeszcze były wegańskie, czyli wytworzone bez cierpienia zwierzaków! Już dawno nie jadłam tak satysfakcjonującego drugiego śniadania. 🙂 adresMoją porcję lodów zjadłam z prędkością światła. Znowu byłam na placu przed katedrą, więc obeszłam ją jeszcze dwa razy, po to, by upewnić się, że dobrze ją zapamiętałam. Kiedy byłam już pewna wyciągnęłam w końcu mapkę i jadąc po niej palcem postanowiłam udać się na plac św. Krzyża (Piazza di Santa Croce). Po drodze zatrzymałam się na krótką przerwę na tętniącym życiem placu Piazza della Repubblica. Chwilę później, idąc z głową w górze podziwiałam włoskie kamienice i przystanęłam przy Loggia dei Lanzi, by spojrzeć na mapę i ruszyć dalej w dobrą stronę. Santa CroceKiedy doszłam na miejsce zobaczyłam znany kościół franciszkanów. Przed nim, na placu znalazłam idealną ławeczkę, na której usiadłam i rozkoszowałam się słońcem, którym tak bardzo chciałam się nacieszyć przed powrotem do Polski. Potem ruszyłam dalej znowu bez mapy. Mijając florencką bibliotekę znowu znalazłam się przy rzece Arno. Postanowiłam ruszyć w miejsce, na które bardzo się cieszyłam – Plac Michelangelo. Jest to wzgórze z którego można podziwiać nie tylko widok na całą Florencję, ale też na góry. Na drugą stronę przeszłam mostem Santa Trinita, po to żeby znowu pooglądać niezwykle urokliwy Most Złotników. 

punkt widokowy Florencja

Po jakimś czasie, gdy moje nogi wyczuły wyższy teren, zamiast dalej iść prosto skręciłam w intrygującą mnie uliczkę. Idąc dalej do góry zobaczyłam przed sobą schody, które zdawały się nie mieć końca. Intryga poprowadziła mnie na ich sam szczyt i zanim się obejrzałam doszłam do Giardino delle rose, czyli różanego ogrodu, który mimo że był blisko znanego placu Michała Anioła zdawał się być idealną enklawą dla zakochanych. Cóż, znalazłam swoją własną ławeczkę, wśród zielonych krzaczków, które zaczynały kwitnąć i mimo braku drugiej połowy całkiem przyjemnie mi się tam siedziało. Po takiej romantycznej przerwie weszłam jeszcze troszkę wyżej. Dotarłam na miejsce do którego zmierzałam. Przede mną rozpościerał się widok na przepiękne miasto, które tak bardzo chciałam zobaczyć. Właśnie w takich momentach uświadamiam sobie jak cudownie jest spełniać marzenia.

Gdy już nacieszyłam się widokiem, postanowiłam wrócić do hostelu, ponieważ umówiłam się z nowymi znajomymi. Ruszyliśmy razem do miasta opowiadając sobie przeróżne historie z podróży i nie tylko. Opowiadaliśmy o krajach, z których jesteśmy i dzieliliśmy się różnymi doświadczeniami. Przeszliśmy kilka dobrych kilometrów, łapiąc po drodze pizzę i gelato. Na zachód udaliśmy się (znowu) na wzgórze Michała Anioła i siedząc na murku oglądaliśmy zatapiające się we florenckich dachach słońce. To był zdecydowanie udany dzień, który będę dłuuuuugo wspominać. 😉

Florencja, Plac Michała Anioła

Po powrocie do domu zorientowałam się, że wędrując tak uliczkami Florencji przeszłam  30 km. Szczerze mówiąc bardzo się zdziwiłam, bo wcale tego nie odczułam. Taki długi spacer jaki sobie urządziłam był niesamowitym przeżyciem i jestem pewna, że radość ze spełniania marzeń wzięła górę nad zmęczeniem. Florencja jest przepiękna i cieszę się, że w końcu ją zobaczyłam!

 

Dużo osób dziwiło to, że pojechałam sama. Przecież powinnam się bać. Z resztą sama napewno będę się nudzić. Jeśli Was ciekawi dlaczego wybrałam się (znowu) sama to Wam wytłumaczę.

Pierwsze pytanie jakie najczęściej padało to to, czy się nie boję jechać sama. Zazwyczaj odpowiadałam pytaniem: czego mam się bać? Na co najczęściej słyszałam, że się zgubię, albo że sobie nie poradzę. Wyjazd solo jest większym wyzwaniem niż z kimś. Wszystko musisz zorganizować sam, o wszystko ty musisz zadbać. Zawsze to ja byłam tą co organizowała i planowała, więc to mnie raczej ekscytowało niż przerażało. Prawdą jest też, że wyjazd samemu jest większą przygodą. To ty musisz się ze wszystkimi dogadać. Nikt za ciebie się nie zapyta, nie wyjaśni.

Wyjazd samemu jest większym wyzwaniem, które chciałam podjąć po to, żeby nauczyć się więcej o sobie, ale też żeby poradzić sobie w trudnych sytuacjach, zahartować się. Czy się boję, że się zgubię? A co jest złego w tym, że czasem się gubimy? Ja lubię powłóczyć się nieznanymi uliczkami, przypadkiem znaleźć przepiękne miejsca. Zgubić się i potem się znaleźć to cała frajda w poznawaniu nowych miejsc.

Drugie pytanie jakie często słyszałam to to, czy nie będę się nudzić sama? A czy ty byś się nudził/a we Florencji, Mediolanie, Bolonii, Budapeszcie czy w jakimkolwiek innym miejscu, w którym nigdy nie byłaś/eś i które zawsze chciałaś/eś zobaczyć? Będąc w miejscach, które mnie ekscytują nigdy się nie nudzę, bo przecież jestem tam, żeby eksplorować. Poza tym podróżując samemu i śpiąc w hostelach, gdzie większość osób też jest solo podróżnikami można poznać wielu wspaniałych ludzi, którzy są tak samo nakręceni na przygody jak Ty. Będąc samemu jesteś bardziej zmotywowana/y żeby kogoś poznać, więc przychodzi to zazwyczaj łatwo. Właśnie to jest fajne w samotnym podróżowaniu – kiedy chcesz pobyć sam/a to możesz, a kiedy chcesz spędzić czas z innymi wystarczy zagadać. 😉

Ja lubię czasem tak, a czasem tak. Uwielbiam poznawać ludzi w podróży, ale też kocham dzielić takie wspaniałe chwile z bliskimi mi osobami. Napewno nie żałuję, że do Włoch pojechałam sama. Sporo się nauczyłam i z pewnością się nie nudziłam!

Podczas mojej przygody we Włoszech byłam jeszcze w Bolonii, więc niedługo będzie jeszcze post z tego miasta. Tak więc, do zobaczenia! 😉

3 thoughts on “FLORENCJA – CZYLI 30KM SPACERU WŁOSKIMI ULICZKAMI”

  1. Tak przyjemnie czyta się Twoje wpisy! Czułam się tak, jakbym była w tym momencie we Włoszech. Jesteś genialna ❤

Co tam sobie myślisz? :)

%d bloggers like this: