Portugalia marzyła mi się od lat. Na myśl o oceanie, kolorowych azulejos i lizbońskich, żółtych tramwajach serce biło mi szybciej. Dawno chciałam się tam wybrać, ale jakoś nigdy nie było mi po drodze. Jak nie brak środków na koncie to brak czasu, jak nie brak czasu to brak towarzysza, jak nie brak towarzysza to wyjazd do innego, bliższego miejsca. Tak plany odwlekały się w czasie. Jednak coraz częściej w głowie wyobrażałam sobie kolorowe ulice Portugalii i coraz to mocniej chciałam się nimi przespacerować. W końcu wzięłam sprawę w swoje ręce i kupiłam bilety dla siebie i koleżanek. Ekscytacja sięgała zenitu kiedy zaczęłam planowanie. Nasz pierwszy przystanek –  Lizbona. Kolorowe miasto, które zaskakiwało nas z każdym dniem. Od momentu, w którym stanęłyśmy na portugalskiej ziemi przygody kurczowo się nas trzymały. Czasem działy się rzeczy, o których wolałabym nie pamiętać, a czasem takie, których z pewnością nigdy nie zapomnę. Jedno jest pewne – nie było nudno. Kolory tego miasta sprawiają, że nie da się być pesymistą, więc za każdym razem, kiedy dopadać mnie będzie jesienna chandra będę wracać do tych barwnych zdjęć z naszych wrześniowych, beztroskich dni.Do Lizbony dojechałyśmy ok. 7:00 rano po całonocnej podróży z Madrytu. Od razu, żeby uniknąć nudy wsiadłyśmy w zły autobus, który dowiózł nas dokładnie na drugi koniec miasta niż chciałyśmy. Byłyśmy zmęczone, więc wcale nas to nie bawiło. „Potelepałyśmy” się trochę autobusem i „zwiedziłyśmy” nieco mniej turystyczne zakątki miasta. Kiedy w końcu dojechałyśmy odpaliłyśmy mapkę i ruszyłyśmy pod wklepany przez nas adres hostelu. Nie był to duży obiekt, ukryty na czwartym piętrze kamienicy prawie umknął naszej uwadze. Jednak gdy zobaczyłyśmy tabliczkę z jego nazwą, dziarsko chwyciłyśmy za rączki naszych walizek i zaczęłyśmy wspinaczkę na najwyższy poziom budynku. Wtedy jeszcze nieświadome tego, że pokonane przez nas stopnie, były dopiero początkiem „schodów”, które na nas czekały.
Uśmiechnięte najszerzej jak tylko mogłyśmy po tych dziewięciu godzinach w trasie, przywitałyśmy się z personelem i zapytałyśmy gdzie możemy zostawić nasze bagaże, ponieważ do zakwaterowania zostało jeszcze trochę czasu. Pani recepcjonistka nie zważając na to co powiedziałyśmy parsknęła śmiechem i wypuściła ze swoich ust potok słów po portugalsku. Nie chciała być niezrozumiana (tak jak my byłyśmy), więc zaczęła wymachiwać nam przed oczami dwoma palcami, co najwyraźniej znaczyło, że wcześniej niż o 14:00 nie mamy tu czego szukać. Zdziwiło mnie jej niezbyt miłe zachowanie, ale pomyślałam, że pewnie nie do końca pojęła o co nam chodziło, wiec powtórzyłam naszą prośbę posługując się prostszym językiem i wspomagając się migami. Nic z tego, pani znów parsknęła śmiechem i wklepała w Google Translatora zdanie – nie rozumiem po angielsku. Chwilę jeszcze pozwoliłam sobie na dyskusję, ale że była to walka z wiatrakami, odpuściłam.

Musiałyśmy czekać jakieś 5 godzin, żeby chociaż zostawić walizki. Usiadłyśmy na klatce schodowej i obmyślałyśmy co począć. Kiedy tak siedziałyśmy, naszą uwagę zwróciła księga gości, która leżała na stoliku w korytarzu. Podirytowane zaistniałą sytuacją ciekawe byłyśmy jakie rekomendacje zostawili po sobie inni goście. Książka otwarta była na stronie, na której zdecydowanie nie powinna – gdyby tylko personel czytał (i rozumiał) słowa tam zapisane, wyrwałby tę stronę (albo może nawet i wszystkie), bo nie była to chlubna opinia. Jako pierwszy rzucił nam się w oczy wpis po polsku, który z użyciem niezbyt elokwentnego epitetu zaczynającego się na „ch” wymownie odradzał to miejsce. Kilka pozostałych dobitnych słów uświadomiło nam, że zaistniały incydent to dopiero początek naszych zmagań.  Miałyśmy sporo czasu do wykorzystania. Byłyśmy głodne i zmęczone, do tego obładowane bagażami, więc ruszenie w miasto absolutnie nie wchodziło w grę. Postanowiłyśmy przejść się po najbliższej okolicy, żeby znaleźć miejsce, w którym mogłybyśmy zjeść śniadanie i przeczekać do tej 14:00. Spacerując tak uliczkami po raz pierwszy zachwyciłyśmy się kolorowymi kafelkami, zdobiącymi dosłownie każdy budynek.  Zatrzymałyśmy się przy Padaira do Bairro, czyli piekarnio-kawiarni, która wypełniona po brzegi lokalnymi mieszkańcami, okazała się naszym ulubionym miejscem na śniadania. Spędziłyśmy tam mnóstwo czasu siedząc przy stoliku na zewnątrz, popijając espresso, zajadając się cieplutkim pieczywem i pysznymi Pastéis de nata, czyli tradycyjnymi portugalskimi tartaletkami. Ten z pozoru błahy moment stał się jednym z najmilej wspominanych przez nas wspomnień. W końcu znalazłyśmy idealne miejsce, by bez pośpiechu (jaki nam dotychczas towarzyszył w Hiszpanii), przypatrzeć się mijającym nas Lizbończykom, zaplanować dzień i tak zwyczajnie rozkoszować się trwającą chwilą.

Lizbona to miasto jak żadne inne. Ozdobne azulejos, nadają charakter tej zatrzymanej w czasie stolicy. Brzmiące fado na ulicach Alfamy, czyli najstarszej dzielnicy, podkreślają jej melancholijny klimat, a skąpane w słońcu centrum miasta, obnaża wstydliwą prawdę o wciąż trwającym tutaj kryzysie. Lizbona jest niezwykle różnorodna. Zatracić się można w niej spacerując szeroką promenadą wzdłuż rzeki Tag lub przedzierając się przez wąskie uliczki Bairro Alto. Smakując słodkich Pastel de Nata lub słonego bacalhau. Zachwycając się starym klimatem Alfamy lub zadbanym Belem. Dumna z wyruszających z jej portu odkrywców Lizbona jest niezwykle ciekawym miejscem, którego trzeba doświadczyć, bo zdjęcia, choć piękne, w zupełności nie oddają jej klimatu.

Muszę się przyznać, że pojechałam do Portugalii bez merytorycznego przygotowania. Piękna i kolorowa na zdjęciach, zdawała mi się być tętniącym życiem krajem, podczas gdy okazała się najbardziej „wychillowanym” miejscem w jakim byłam. Lizbona zadziwiła mnie pod wieloma względami i uważam, że bez zgłębienia się w jej historię i wsłuchania się w fado nie można jej do końca zrozumieć. Dopiero teraz nadrabiam te zaległości i powoli pojmuję jej charakter.

Jednak nie chcę żebyście mnie źle zrozumieli. Lizbona jest przepiękna i kolorowa. Na ulicach nie jest grane tylko fado, ale też bardziej energiczna muzyka. Choć w wielu jej zakamarkach czuć biedę, to ozdobione kafelkami domy „robią robotę” i sprawiają, że naprawdę da się zakochać w tym miejscu. Sławne żółte tramwaje rzeczywiście zabierają pasażerów i rzeczywiście czasem muszą się zatrzymać, by przepuścić pieszych, bo uliczki są tak wąskie. Choć wieczorem trzeba włożyć na siebie sweter, bo zimny wiatr się zmaga, to właśnie o tej porze dnia, można podziwiać najpiękniejszy widok na chowające się słońce za wzgórza miasta. Lizbona zaskakuje i zachwyca, i chyba właśnie to najbardziej w niej lubię.

Za każdym razem kiedy przeglądam zdjęcia z Lizbony (szczególnie podczas wykładów) przypominam sobie te najpiękniejsze momenty np. kiedy wygłupiałyśmy się i tańczyłyśmy na placu do Comercio, kiedy codziennie zachodziłyśmy na śniadanie do wspomnianej piekarnio-kawiarni i uzupełniałyśmy zapas Pastel de Nata na cały rok, kiedy wieczorem wracałyśmy tramwajem nr 28 albo kiedy oglądałyśmy przepiękny zachód słońca na jednym z siedmiu wzgórz miasta i prawie zamarzłyśmy. Przypominam sobie uśmiechy ludzi, których spotykałyśmy, nasze długie rozmowy podczas spacerów wzdłuż rzeki, i nasze zachwyty nad każdym „wykafelkowanym” budynkiem. Lizbona była naprawdę fajna. Wracając oczywiście nie zabrakło przygód. Musiałyśmy odzyskać zagubione bagaże i znowu zmagać się z niemiłą obsługą. Pomimo to portugalska stolica zawsze będzie przez mnie miło wspominana.  Czas nam niesłychanie szybko upłynął i zanim się obejrzałyśmy byłyśmy już w drodze do uroczego Porto.

Obrigado e vejo você Lisboa! 🙂

2 thoughts on “LIZBONA PEŁNA KONTRASTÓW”

  1. Z niecierpliwością czekałem na post z Lizbony! Aż się łezka w oku zakręciła 🙂 Kozak!

Co tam sobie myślisz? :)

%d bloggers like this: