Pamiętam jakby to było wczoraj. Nasz ostatni dzień w Barcelonie był przepełniony radością, ale też smutkiem. Radością, bo wiedziałyśmy, że lepiej tych kilku dni nie mogłyśmy spędzić. Smutkiem, bo nadeszła pora na rozstanie z miejscem, w którym zrodziło się mnóstwo pięknych wspomnień. Pomimo tego, że starałyśmy się nie tracić ani chwili i zobaczyłyśmy naprawdę wiele, to pozostał w nas spory niedosyt. Wyjeżdżając z Barcelony zdawało nam się, że najlepsza część wyjazdu już za nami, że nic nam się już tak nie spodoba i że nigdzie nie będziemy się tak świetnie bawić. Po kilku godzinach zrozumiałyśmy jednak, że się grubo myliłyśmy. Wysiadając w Madrycie, jeszcze nie do końca świadome tego, co nas czekało, przesiadłyśmy się na metro i skierowałyśmy nasze kroki prosto do hostelu. Zmęczone po podróży dałyśmy sobie chwilę, żeby odpocząć. Co prawda był już wieczór, ale nie mogłyśmy odpuścić. Wzięłyśmy prysznic, zjadłyśmy co nieco i wyszłyśmy zobaczyć miasto. Ruszyłyśmy w kierunku Gran Via, czyli głównej i najbardziej znanej ulicy Madrytu. Na szczęście nasz hostel był w samym centrum, więc po kilku minutach byłyśmy u celu. To co zobaczyłyśmy przerosło nasze oczekiwania. Energia, której nie sposób opisać, w połączeniu z architektonicznym kunsztem, tworzą combo, w którym trudno się nie zakochać.Kiedy przeszłyśmy tak całą Gran Via wzdłuż i wszerz, i nogi coraz bardziej odmawiały nam posłuszeństwa, postanowiłyśmy, że lepiej będzie jak wrócimy i położymy się wcześniej spać. Mimo tego, że kleiły nam się oczy, to miałyśmy je szeroko otwarte i przyglądałyśmy się każdemu zakamarkowi, który mijałyśmy. Choć ulice, które prowadziły nas do hostelu tętniły życiem i z każdej strony słychać było inną melodię, to nagle do naszych uszu dotarło coś zupełnie wyjątkowego. W momencie gdy weszłyśmy na plac Puerta del Sol usłyszałyśmy prawdziwie hiszpańską muzykę i intuicyjnie poszłyśmy za jej brzmieniem. Przeciskając się przez tłum ludzi zobaczyłyśmy orkiestrę, która dawała popis publiczności. Wymieniłyśmy między sobą spojrzenia, które wyraźnie mówiły jak bardzo nam się to podoba i niedługo potem byłyśmy już w centrum tego wesołego zbiorowiska. Jeden z grajków podszedł do nas i nie czekając na odpowiedź zaprosił nas do tańca. W rytm muzyki wydobywającej się z instrumentów, próbowałyśmy naśladować kroki tego wesołego pana w ogromnym kapeluszu. Zdecydowanie lepiej wychodziło to jemu niż nam, ale miałyśmy przy tym tyle zabawy, że zupełnie nie przejmowałyśmy się kiedy myliłyśmy kroki. Tańcząc tak (w naszym wykonaniu pseudo) flamenco straciłyśmy poczucie czasu i całkowicie zapomniałyśmy o tym, że miałyśmy iść spać. Kiedy wracam myślami do tego wieczoru to wiem, że to właśnie ta chwila sprawiła, że Madryt całkowicie porwał nasze serca.
Madryt dominikarutkowska.plMadryt dominikarutkowska.plSan Gines Madryt dominikarutkowska.plSan Gines churros Madryt dominikarutkowska.plMadryt dominikarutkowska.plMadryt dominikarutkowska.plPodczas gdy w Polsce trwała listopadowa pogoda, my cieszyłyśmy się trzydziestoparostopniowym upałem. Nie mogłyśmy narzekać na brak słońca, a czasem było wręcz go aż nadto. Kiedy czułyśmy, że mocne słońce podpraża nam ramiona, szukałyśmy schronienia w parkach. Spacerowałyśmy, śmiałyśmy się i wypisywałyśmy pocztówki leżąc na trawie. Kiedy wrócę do Madrytu (a napewno to zrobię) to swoje pierwsze kroki skieruję w stronę Parku Retiro. To właśnie tam spędzałyśmy mnóstwo czasu rozkoszując się słońcem, urządzając pikniki i tańcząc do muzyki, granej przez ulicznych artystów. Spacerując szerokimi alejami mijałyśmy okazałe fontanny i przestrzenne place. Przyglądałyśmy się ludziom, którzy przyszli tu po pracy odpocząć, relaksowałyśmy się w pełnych kwiatów enklawach i pływałyśmy łódką po jeziorze – choć może pływanie to zbyt naciągane stwierdzenie, bo podczas gdy ludzie dookoła nas zgrabnie wiosłowali, my próbowałyśmy chociaż ruszyć z miejsca. Miałyśmy przy tym jednak tyle śmiechu, że śmiało stwierdzam, że to jedno z najlepszych wspomnień całego wyjazdu. Madryt dominikarutkowska.pl Retiro Madryt dominikarutkowska.plRetiro Madryt dominikarutkowska.pl Retiro Madryt dominikarutkowska.pl Zawsze przed wyjazdem w nowe miejsca szykuję sobie listę miejsc, które koniecznie muszę zobaczyć. Nawet jeśli jest to spontaniczny wyjazd nigdy nie chcę aby coś mi umknęło. Szczególną pozycję na takiej liście mają tarasy widokowe, a tych w Madrycie nie brakuje. Jeśli ktoś (chociaż bardzo w to wątpię) nie zakochałby się w hiszpańskiej stolicy, dzięki parkom, architekturze, czarującym zakamarkom czy (przede wszystkim) pozytywnej energii, którą czuć na każdym kroku, to ostatnim ratunkiem dla takiej osoby jest dach kina Círculo de Bellas Artes. Nie będę tutaj czarować, że jestem znawcą punktów widokowych w Madrycie, ale jestem przekonana, że ten jest wyjątkowo klimatyczny. Wyobraźcie sobie, żę wjeżdżacie windą na siódme piętro budynku i kiedy jesteście już na górze i winda się otwiera, wychodzicie na taras, z którego rozpościera się niesamowity widok na miasto, które ozdobione jest różowym, zachodzącym słońcem. Oprócz tego (niezaprzeczalnie najlepszego aspektu) na górze znajduje się bar, a do waszych uszu dochodzi muzyka, która wprawia was w jeszcze lepszy nastrój. Sącząc orzeźwiającego drinka (dobra my tego nie zrobiłyśmy, bo tego dnia limit wydatków się wyczerpał 😀 ) czujecie się jak w filmie i musicie się upewnić czy to dzieje się naprawdę. Ach, jakbym chciała cofnąć się teraz w czasie i zamiast przygotowywać się na jutrzejsze zajęcia, być znowu na dachu Círculo de Bellas Artes. Poczuć jeszcze raz ten ciepły wiatr, muskający moją opaloną twarz i rozkoszować się widokiem na Gran Via, prosząc w myślach, by ta chwila trwała jak najdłużej. Círculo de Bellas Artes Madryt dominikarutkowska.plCírculo de Bellas Artes Madryt dominikarutkowska.plSama nawet nie zdawałam sobie sprawy jak ciężko będzie mi przelać na papier (albo raczej klawiaturę) uczucia, które towarzyszyły mi w Madrycie. Po raz kolejny uświadomiłam sobie, że im mniej oczekuję od danego miejsca, tym bardziej mnie zaskakuje. Dziwiłam się jak kolega będący tu na Erasmusie mówił, że jest to jego ukochane miasto i jest ono o niebo lepsze od Barcelony. Cóż, musiałam sprawdzić na własnej skórze i z pełną odpowiedzialnością za swoje słowa stwierdzam, że miał rację. Madryt to niesamowicie autentyczne miasto. Choć Barcelonie nie mogę odmówić klimatu, to niestety przyznaję, że w stolicy o wiele bardziej czuć prawdziwą Hiszpanię. Architektura, której nie powstydziłby się nawet Paryż zdobi ulice miasta, a energia udzielająca się każdemu sprawia, że nie da się nie kochać tego miejsca. Adiós Madrid! Obiecuję, że jeszcze tu wrócę! ❤️Círculo de Bellas Artes Madryt dominikarutkowska.pl

One thought on “MADRYT”

Co tam sobie myślisz? :)

%d bloggers like this: