Do końca roku pozostało już niewiele czasu. Nadeszła więc najlepsza pora na podsumowanie tego co działo się w 2017r., a działo się naprawdę wiele. Dla mnie był to najbardziej intensywny rok pod względem podróżowania. Niestety studia skutecznie utrudniały mi wyjazdy, więc zmuszona byłam zrezygnować z niektórych planów. Tak czy siak zadowolona jestem z tych, które udało mi się zrealizować. W sumie odwiedziłam 9 państw i 17 niesamowitych miast, tym samym spędzając w podróży ponad 50 dni. Cóż, dla wytrawnych podróżników to prawdopodobnie niewiele, ale dla studiującej dziennie i pracującej osoby, myślę, że dość sporo.

W głowie mam mnóstwo pięknych wspomnień. Częścią z nich już się z Wami podzieliłam, a część zawsze pozostanie tylko dla mnie. Jednak, to co Wam przekazałam, to jedynie kropla w oceanie. Dlatego postanowiłam napisać o tym, co szczególnie utkwiło w mojej pamięci. Podczas gdy na wszystkich blogach szumi od postów typu „najlepsze i najpiękniejsze wspomnienia minionego roku”, ja postanowiłam stworzyć podsumowanie wszystkich najgorszych chwil. Dlaczego? Bo jestem magnesem na dziwne historie i są one nieoderwaną częścią moich wyjazdów. Podróżowanie nie jest zawsze idealne – jak mogłoby się wydawać. W dobie Instagramu łatwo popaść w myślenie, że ludzie mają perfekcyjne życie. Wcale tak nie jest, a na pewno ja tak nie mam i myślę, że od czasu do czasu warto to pokazać. Sytuacje niezaplanowane, które często nie są przyjemne, wcale nie ujmują podróżowaniu. Ba, może nawet są wartością dodaną, bo przecież to właśnie z nich można się sporo nauczyć. Nie przedłużając, jeśli jesteście ciekawi co niezbyt miłego przytrafiło mi się podczas tegorocznych przygód, czytajcie dalej. Oto moje najgorsze momenty w 2017. 🙂

1. KIEDY STRASZONO NAS MAFIĄ W ALBANII 

Po części wspominałam już o tej historii w tym wpisie. Będąc w Albanii przydarzyła nam się najdziwniejsza historia w życiu. Wbrew pozorom ta sytuacja sprawiła, że chcę wrócić do Albanii, żeby zobaczyć jej „lepszą stronę” i zetrzeć wszystkie stereotypy o tym państwie.

2. KIEDY KIEROWCA NIESPODZIEWANIE ZJECHAŁ Z AUTOSTRADY W AUSTRII 

O tej historii nigdy nie wspominałam. Wracam znowu myślami do autostopowej przygody. Będąc w Wiedniu bardzo długo czekałyśmy aż ktoś nas zabierze. Zaczęłyśmy nawet sprawdzać przejazdy autobusowe do Zadaru, byle wyjechać tego dnia z Austrii. Jednak w myśl autostopowej zasady „prędzej czy później ktoś się zatrzyma”, w końcu byłyśmy w drodze do Graz, czyli kolejnego przystanku bliżej celu. Podróż mijała na rozmowach na przeróżne tematy, począwszy od podróżowania po życie w Austrii i w Polsce. W końcu padło typowe pytanie „czy nie boimy się autostopować?”. Odpowiedziałam jak zawsze, że zachowanie ostrożności to podstawa, ale zazwyczaj okazuje się, że ludzie, którzy nas zabierają są wspaniali. Z ust kierowcy wypłynęła jednak wątpliwość, że przecież nigdy nie ma pewności, że osoba ma dobre intencje. Wtedy w głowie zapaliła mi się czerwona lampka, a serce nieco przyspieszyło. Pewnie dlatego, że była to pierwsza tak odważna wyprawa, zaczęły pojawiać się w mojej głowie różne myśli. Po chwili kierowca zaczął intensywnie czegoś szukać i kiedy to znalazł, zauważyłam, że skręca papierosa z zielonym dodatkiem (albo bardziej w odwrotnych proporcjach). Pędząc po autostradzie odpalił bibułkę i w najmniej spodziewanym momencie gwałtownie skręcił z głównej autostrady. W lusterku widziałam tylko jak oddalamy się od drogowskazu na Graz, jadąc w zupełnie innym kierunku. W tej chwili serce mi stanęło. W głowie przewalały mi się wszystkie najgorsze scenariusze. Zaczęłam szczerze się modlić, prosząc aby nic się nie stało. Wyciągnęłam z sakiewki, którą trzymałam pod bluzką, gaz pieprzowy i przez całą drogę trzymałam go w kieszeni, przygotowana na szybką akcję. Nie mając nic do stracenia zapytałam się dlaczego skręciliśmy w tę drogę. Kierowca zorientował się, że zdenerwowałam się, więc pokazał mi dokładnie na mapie gdzie jedziemy i co jakiś czas mówił jak wygląda trasa. Odetchnęłam z ulgą. Na miejsce dojechałyśmy bezpiecznie i szczerze mówiąc, być może wcale nie miałam powodu do aż takiego lęku. W stresie zapomniałam o tym, że zanim ruszyliśmy kierowca pokazywał nam trasę jaką mieliśmy jechać. Tak czy siak nigdy nie zapomnę tego nagłego skoku adrenaliny.

3. KIEDY NIE MOGŁYŚMY PÓŹNYM WIECZOREM WEJŚĆ DO HOTELU W PARYŻU

Pod koniec marca razem z koleżanką odwiedziłam Paryż. Jednego wieczoru wróciłyśmy do hotelu troszkę później i było już ciemno. Nie mieszkałyśmy w samym centrum miasta, więc drogę powrotną musiałyśmy pokonać metrem. Wysiadając mijałyśmy ludzi na ulicy i siedzących w barach. Ostatnia prosta do naszego hotelu była w ciemnym zaułku. Zbliżając się do drzwi zobaczyłyśmy grupkę facetów zdecydowanie bardziej nietrzeźwych niż trzeźwych, a jako, że nawet w Polsce nie czujemy się bezpiecznie w takich sytuacjach, lekko się zdenerwowałyśmy. Stali dosłownie metr od naszego hotelu i wcale nie byli jego gośćmi. Kiedy szarpnęłyśmy za klamkę, okazało się, że drzwi są zamknięte. Panowie rozmawiający między sobą (łagodnie mówiąc) donośnym głosem zaczęli nam się przyglądać. My cały czas trzymałyśmy palec na domofonie. W środku było ciemno i pusto. Po kilkuminutowym dzwonieniu bez przerwy zdenerwowałyśmy się i cofnęłyśmy do ulicy, gdzie było więcej ludzi. Wykręciłam nr do hotelu, ale nikt nie odbierał. Wróciłyśmy pod drzwi i znowu zaczęłyśmy dzwonić, a wesoła grupka coraz bardziej była tym zaciekawiona. Było coraz później, ale nie miałyśmy innego wyjścia jak dzwonić przez cały czas. Po czasie, który wydawał się wiecznością w końcu zaspany portier otworzył nam drzwi i z pretensjami pytał dlaczego tak wydzwaniamy. Zbulwersowane i zestresowane nie chciałyśmy nawet ciągnąć tej rozmowy. Już chyba wam mówiłam, że to najgorszy hotel w jakim przyszło mi spać.

4. KIEDY UTKNĘŁYŚMY NA LOTNISKU WE FRANKFURCIE

To jest całkiem zabawna historia z cyklu „wszystko na przekór”. Wracając z Portugalii miałyśmy lot z przesiadką we Frankfurcie. Oczywiście nie byłabym sobą gdybym wróciła do domu bez chociaż jednej nieprzyjemnej przygody. Już się zdarzyło podobnie w Londynie, kiedy widziałyśmy jak odlatuje nasz samolot, albo we Włoszech, kiedy musiałam wrócić się do Rzymu, bo zgubiłam portfel. Tym razem powrót przedłużył nam się z 8 godzin na jakieś 30. Nie mogło być inaczej. Pierwszy lot został opóźniony o ponad 1,5 godziny, a my miałyśmy właśnie tyle na przesiadkę we Frankfurcie. Konsultując się z ekipą lotniska i załogą samolotu zostałyśmy wpuszczone na pokład bez nadawania bagażu, żeby usprawnić wyjście z samolotu i być może zdążyć na lot. Będąc już tysiące metrów nad ziemią poznałyśmy jedną parę z Polski i jedną parę ze Słowacji, które były dokładnie w tej samej sytuacji co my. Po wylądowaniu ruszyliśmy najszybciej jak mogliśmy w stronę naszego terminalu i jedyne co zastaliśmy to informacja, że bramki zostały zamknięte jakieś 10 minut wcześniej. Pech? Hmm chyba mogłam to przewidzieć, bo przecież jestem magnesem na takie sytuacje. Zaczęłyśmy szukać alternatywnych lotów, ale najszybszy był za dwa dni. Zrezygnowane i przemoknięte (bo wysiadając z samolotu przywitała ogromna ulewa), udałyśmy się do głównego terminalu, gdzie mogłyśmy usiąść i pomyśleć, co by tu począć z naszym życiem. Ostatecznie po jakiś 15 godzinach spędzonych na lotnisku pojechałyśmy Flixbusem do Berlina, z Berlina do Szczecina i ze Szczecina już samochodem do Koszalina. Musiałyśmy zapłacić jakieś 300zł za nieplanowany zwrot akcji. Dodam tylko, że lot z Porto był wcześnie rano i noc postanowiłyśmy spędzić na lotnisku. Z Frankfurtu wyjechałyśmy w środku nocy, a do domu dojechałyśmy jeszcze następnego dnia. Podsumowując, spędziłyśmy jakieś dwie doby na lotnisku racząc się okropnym jedzeniem w McDonaldzie #never_ever_again i myjąc włosy w zlewie, bo nie miałyśmy już pieniędzy, żeby móc wziąć prysznic. Oprócz tego spędziłyśmy super czas, bo byłyśmy tak zmęczone, że włączył nam się tryb totalnej głupawki i cały czas, spędzony na koczowaniu, śmiałyśmy się do łez. Morał z tego taki, że nawet jeśli wszystko jest na przekór tobie, i tak może być całkiem fajnie. Wystarczy zmienić nastawienie. Ja zawsze sobie myślę, że przynajmniej będę miała co opowiadać. 😀

5. KIEDY ZOBACZYŁAM BARDZO PRZYKRY WIDOK PATOLOGII W ATENACH  

To był zdecydowanie jeden z tych szokujących, otwierających oczy, ale również smutnych momentów. Podczas pobytu w Atenach zatrzymaliśmy się w hostelu, który znajdował się przy głównej ulicy w centrum. Od tej ulicy odbiegała również mniejsza, gdzie mieszkało bardzo dużo napływowej ludności. Mieszkańcy ci prowadzili na ulicy stragany z warzywami, małe sklepiki, których higiena nie zachęcała nawet do wejścia i bardzo bogate życie towarzyskie. Nie były to osoby o wysokich zarobkach ani o wysokim wykształceniu. Na ulicy gęsto było śmieci, kartonowych legowisk, rozgniecionych warzyw, a w powietrzu unosił się bardzo nieprzyjemny zapach, który potęgowany był przez upał. Raz przechodziliśmy tamtędy, bo tak podpowiedziała nam nawigacja, jednak wieczorami nadrabialiśmy kilometry, tylko po to, żeby nie wplątać się w tarapaty. Tego jednego razu zobaczyłam coś co bardzo mnie poruszyło. Zauważyłam kobietę, która siedząc na krawężniku wciągała kreskę prosto z posadzki chodnika. Posadzki tak brudnej, że brzydziłabym się nawet jej dotknąć. Kilka metrów dalej zobaczyłam jak młody mężczyzna robi to samo. Widok tak niesamowicie mnie poruszył i zasmucił, że zapamiętałam go jako niemiłe doświadczenie. Był to jeden z najbardziej przykrych widoków w moim życiu.

6. KIEDY NIE DAŁO SIĘ SPAĆ PRZEZ OWADY W CHORWACJI 

Okej teraz coś lżejszego psychicznie. 😀 Nie trudno się domyślić, że spacerując całymi dniami w upale, jedynym o czym marzyliśmy to to, żeby porządnie się wyspać. Wracając codziennie po intensywnym dniu na pole namiotowe w Dubrowniku, karimatka czekająca niecierpliwie na mnie w namiocie była marzeniem. Nie lubię spać długo, ale z racji tego, że codziennie wracaliśmy późno to chciałam pospać chociaż do tej 8:00. Cóż, w życiu nie można mieć wszystkiego. Codziennie rano, albo raczej o nieludzko wczesnej porze, czyli około 5:00, koncert zaczynały ogromne chrabąszcze. Chrabąszcze te nie tolerowały ciszy nocnej, dlatego w najbardziej nieprzyjaznych porach dawały popis swoich muzycznych umiejętności, w efekcie budząc nas ze snu. Do 6:00 zazwyczaj dawałam radę jeszcze spać, ale później muzykanci stawali się tak głośni, że nawet słuchawki w uszach nie pomagały. Zazdrościłam moim towarzyszom podróży, którzy potrafili spać w tych warunkach. Cóż przynajmniej miałam dodatkowy czas na zrobienie prania i przygotowanie śniadania.

7. KIEDY MOJA PRZYJACIÓŁKA ZGUBIŁA DOWÓD OSOBISTY WE WŁOSZECH

W Bergamo w tym roku byłam dwa razy i drugiego razu nie mogłam odpuścić, żeby w końcu zobaczyć to miasto. Razem z przyjaciółką odwiedziłyśmy je w drodze powrotnej z Aten. Miałyśmy dwa pełne dni na przespacerowanie się uliczkami uroczego Bergamo i prawdopodobnie cały ten czas byłby idealnym zwieńczeniem (prawie) miesięcznej wyprawy po Bałkanach, gdyby nie fakt, że dobry kawał dnia spędziłyśmy na poszukiwaniach zagubionego skarbu. Skarb ten był na tyle drogocenny, że bez niego nie mogłyśmy wrócić do Polski. Moja przyjaciółka zgubiła dowód osobisty gdzieś pomiędzy włoskimi kamienicami. Zorientowała się, kiedy wróciłyśmy do naszego hoteliku wieczorem, dzień przed powrotem. Wtedy już zaczęły się poszukiwania. Niestety bezowocne. Cały wieczór kombinowałyśmy więc jakby tu wrócić do kraju. Następnego dnia udałyśmy się na komendę policji, gdzie spędziłyśmy trochę czasu i jedyne co udało nam się załatwić to poświadczenie o zagubieniu dokumentu. Było ono jednak mało istotne, więc ruszyłyśmy ulicami, którymi spacerowałyśmy dzień wcześniej, w nadziei, że jednak zguba się znajdzie. Po drodze zachodziłyśmy do każdej komendy policji, wchodziłyśmy do kawiarni, w których byłyśmy i sprawdzałyśmy dokładnie każdy zakątek. Po dobrych kilku godzinach zrezygnowane postanowiłyśmy, że zobaczymy co da się zrobić już na lotnisku. Idąc zobaczyłyśmy budynek carabinieri (włoskiej żandarmerii) i z racji tego, że nie miałyśmy nic do stracenia, weszłyśmy. Po rozmowie z komendantem okazało się, że nic nie zrozumiał, ale że był to Włoch z krwi i kości bardzo chciał nam pomóc. Zawołał więc swojego kolegę, który mówił po angielsku. Po dłuższej rozmowie zaproponował, żeby spisać protokół. Przyjaciółka oznajmiła, że już takowy ma, więc raczej jest to niepotrzebne. Komendant poprosił o pismo, przeczytał, podrapał się po głowie i podszedł do biurka. Otworzył szufladę i zapytał się czy to tej zguby szukamy. Trzymał w ręce dowód osobisty Ani, a my z niedowierzaniem zaczęłyśmy skakać z radości. Śmiałyśmy się jak głupie, a policjanci razem z nami. Takie szczęście w nieszczęściu nie zdarza się często. 😀

8. KIEDY UŚWIADOMIŁAM SOBIE, ŻE PORA WRÓCIĆ NA STUDIA

Okej przyznajmy to, najgorszym momentem podróżowania było uświadomienie sobie, że nadszedł już październik. Wiedziałam, że to już naprawdę koniec szalonych podróży i początek nauki. Czas od początku roku akademickiego upłynął mi bardzo szybko i prawdopodobnie będzie mknął jeszcze szybciej. W tym roku ogrom obowiązków uczelnianych bierze górę. Wcale jednak się nie smucę. Lubię moje studia, a czas na uczelni sprawi, że z jeszcze większą radością spakuję plecak i ruszę w kolejną podróż. 🙂

 

A wy jakie mieliście nieprzyjemne historie w podroży?

🙂

źródło zdjęć 1-7, 8-10: unsplash.com

6 thoughts on “NAJGORSZE MOMENTY W PODRÓŻY W 2017”

  1. Jeśli chodzi o te hałaśliwe chrabąszcze w Chorwacji, to prawdopodobnie miałaś do czynienia z cykadami. Występują one praktycznie w każdym państwie śródziemnomorskim, mieszkając w miastach nie odczuwa się aż tak ich obecności, ale za to poza nimi ich symfonię słyszy się od świtu do zachodu słońca.

  2. Dokładnie chodzi o cykady. Odkryliśmy to dopiero w Atenach w parku kiedy w końcu dostrzegliśmy je na drzewie – bardzo dobrze się maskują Na polu namiotowym nie dają żyć. 😀

  3. Nie wiem jak ty, ale ja sie całkiem szybko do nich przyzwyczaiłem. W dodatku nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Wstając przed 6 rano można zobaczyć wschód słońca albo dotrzeć do atrakcji turystycznych zanim zlecą się hordy turystów.

  4. Mnie denerwowały dość długo, bo spaliśmy pod dwoma drzewami, więc było baaardzo głośno. 😀 Ale nie żebym narzekała – wszystko ma swoje uroki i zawsze jest się z czego później pośmiać. 😉

  5. Najgorszy hotel to historia która mnie trzymała w dużym napięciu, dobrze że otworzyli… pozdrawiam z noworocznymi życzeniami wielu przygód w 2018! tych mniej stresujących!

  6. Dzięki :)) również życzę niezapomnianych przygód w nowym roku, wspaniałości!

Co tam sobie myślisz? :)

%d bloggers like this: