Szesnaście liter, trzy słowa. Śmieci, mafia, pizza. Zazwyczaj tyle wystarczy, by opisać Neapol, tym, którzy albo nie do końca wiedzieli na co się piszą wkraczając na terytorium Camorry, albo traktują stolicę Kampanii jako miejsce przesiadkowe w drodze do instagramowego raju, bliżej znanego jako wybrzeże Amalfi.

Cóż, nie mogę się nie zgodzić. Dodałabym nawet jeszcze chaos, podejrzane towarzystwo, wiszące nad głowami schnące galoty, smród nieudolnie maskowany przez wszechobecne pranie, skuterowe apogeum, obskurne budynki i niedorzeczne ołtarzyki. Co może więc podobać się w tak groteskowym mieście? Co takiego sprawia, że ma ono „to coś”, do czego chce się wracać? Dlaczego miasto owiane tymi wszystkimi nieprzychylnymi skojarzeniami nazywane jest città più bella, zamiast città non grata?

Neapol kocha się lub nienawidzi. Tutaj nie ma odpowiedzi pomiędzy.

Jeśli chcesz zachwycić się piękną architekturą, jedź do Paryża. Jeśli chcesz zgłębić historyczno-kulturowe fakty, jedź do Rzymu. Jeśli chcesz czystej przestrzeni, jedź do Oslo. Jeśli chcesz doświadczyć czegoś, czego już nigdy nie wymażesz z pamięci, jedź do Neapolu.

Neapol to nie miasto, to stan umysłu.

Na wstępie muszę to wyraźnie zaznaczyć. Należę do grona wyznawców neapolitańskiej prawilności, dla których urok tego miasta tkwi nie w okazałych budynkach i urokliwych zakamarkach, ale w jego dziwaczności i kulturowej zaściankowości. Ah, no i przyznajmy to – w jedzeniu, bo mimo długich spacerów po górzystych dzielnicach, trzeba liczyć się z przyrostem tkanki tłuszczowej. Zasada jest jasna i wszystkim dobrze znana – w Neapolu pizzy i sfogliatelli się nie odmawia.

Ilość bodźców odbieranych podczas spaceru przez Quartieri Spagnoli jest wprost proporcjonalna do ilości zjedzonych przeze mnie wcześniej wspomnianych sfogliatelli. Rozumie się przez to bardzo dużo. Neapol to miasto, które nie nadaje się do wakacyjnego odpoczynku. Zdecydowanie nie poleciłabym każdemu. Jednak tych, którzy lubią odmienność i specyficzny charakter, wciągnie ono momentalnie. Jednak trzeba uważać, żeby go nie przedawkować. Należy cierpliwie dozować ilość czasu spędzonego na neapolitańskiej ziemi, tak aby żadne dziwactwo nie zaważyło na naszej opinii o nim. 

Przejdźmy jednak do sedna. Co takiego sprawiło, że Neapol uplasował się bardzo wysoko w hierarchii miejsc wyjątkowych? Poniżej krótka/niekrótka* historia neapolitańskiego tripa i dużo zdjęć, będących odpowiedzią na to pytanie.

+ kilka adresów i praktycznych informacji 😉


*niepotrzebne skreślić

PAN LUIGI THE LOCAL

Nie od dziś wiadomo, że najlepiej z lokalnymi zwiedzać miasto. No, ale co zrobić jak w danym miejscu nie mamy żadnych znajomych? Może couchsurfing? Chciałyśmy skorzystać. Miałyśmy nawet już hosta, z którym pisałam przez kilka dni. Pochwaliłam się pomysłem znajomym. Ilość odpowiedzi zwrotnych (od kolegów włochów, nie podejrzliwych dziewczyn) typu „nie róbcie tego, nie w Neapolu” wzbudziła we mnie pewne obawy. Dwa dni przed wyjazdem host dał mi wyraźny znak, że najwyższa pora wycofać się z tego pomysłu. Szybko znalazłyśmy hostel.

Pojechałyśmy więc same i same spacerowałyśmy po mieście. Pierwszy punkt programu – Quartieri Spagnoli. Podczas fotografowania jednego z podwórkowych ołtarzyków zaczepił nas starszy pan. Zapytał czy chcemy zobaczyć najładniejszą panoramę Neapolu. Na początku z lekka sceptyczne ciągnęłyśmy rozmowę, by dowiedzieć się kim w ogóle jest ów staruszek i jakie ma zamiary. Wiecie, byłyśmy w dzielnicy, gdzie nie raz postrzelono kogoś podczas mafijnych porachunków, ostrożności nigdy za wiele. Widząc nasze nie do końca ufne spojrzenia, zapewnił nas, że ma dobre intencje.

Pan Luigi ma 88 lat, od urodzenia mieszka w dzielnicy Quartieri Spagnoli. Jest tutaj tzw. „fejmem”, co chwilę ktoś go zaczepiał i pytał jak się ma. Opowiedział nam historie życia, pokazał ciekawe zakamarki swojej dzielnicy i dokładnie wskazał gdzie mieszka, podkreślając, że jeśli byśmy potrzebowały czegokolwiek, śmiało możemy pukać do jego drzwi. Mówił o swojej rodzinie i pokazywał zdjęcia swoich dzieci. Na jego twarzy malował się niesamowity uśmiech, kiedy widział, że chętnie słuchamy co mówi i gdy on sam słuchał o tym, co my robimy w naszym życiu. To wszystko podczas spaceru na wzgórze, z którego oglądaliśmy „il panorama più bello”.

Jego serdeczność osiągnęła punkt kulminacyjny, gdy dał nam w prezencie bilety na kolejkę prowadzącą do innego punktu widokowego – Castel Sant’Elmo. Nie opuścił nas dopóki nie zobaczył, że bezpiecznie wsiadłyśmy do wagonu. Machał nam dopóki nie stracił nas z oczu.

Dwa dni później zobaczyłyśmy jak spaceruje w kierunku tego samego wzgórza z kilkoma innymi osobami. Nasz pełen bezinteresowności i życzliwości przewodnik ukazał się być nie tylko nasz. Pan Luigi codziennie pokazuje część swojego miasta przechadzającym się turystom. Daje im coś więcej, niż możliwość zobaczenia najpiękniejszej panoramy Neapolu.


miejsca: dzielnica Quartieri Spagnoli, Castel Sant’Elmo, ulica wiodąca w górę – Corso Vittorio Emmanuele II

NIE PRÓBUJ POMAGAĆ

Jeśli myślicie, że między straganami, praniem, śmieciami, ołtarzykami a przechodniami spacerującymi wąskimi uliczkami, nie ma już miejsca na nic, to uważajcie i nie róbcie gwałtownych ruchów, bo prawdopodobnie zaraz centymetr od was przejedzie rozpędzony skuter. Zasad bowiem tutaj nie ma żadnych. Czerwone światło, pasy na drodze, czy rondo to tylko znaki umowne. Jeśli chcesz przejść na drugą stronę ulicy, po prostu idź. Nie czekaj aż ktoś się zatrzyma, żeby cię przepuścić, bo najprawdopodobniej się nie doczekasz. Idź, a rozpędzone skutery cię zwinnie ominą. Oni wiedzą jak to zrobić, lepiej nie próbować im pomóc.

Myślałam, że skoro mieszkam we Włoszech to morze skuterów już widziałam w swoim życiu. Jednak to co się dzieje w Neapolu to nie jest morze, to ocean, groźny, nieposkromiony żywioł, wobec którego człowiek jest bezsilny. Nie wiem ile skuterów przypada w tym mieście na jedną osobę, ale jestem pewna, że większość rodzin nie posiada żadnego samochodu, ale kilka brzdąkających jednośladowców.

I pewnie zauważyliście, że na większości zdjęć znajduje się chociaż jeden. Niektóre celowo, innych uniknąć się nie dało. One są po prostu wszędzie.

NEAPOL – MIASTO JEDNEJ RELIGII

Włosi mają swoje różne dziwactwa. Nie napiją się kawy z mlekiem po obiedzie, wyczują czy woda na makaron była posolona przed czy po zagotowaniu, nigdy nie zjedzą śniadania na słono. Jeśli chodzi o jedzenie są oni prawdziwymi freakami, podobnie sprawa ma się z piłką nożną. Calcio we Włoszech to religia obowiązująca. W Neapolu można znaleźć samych rygorystycznych wyznawców odłamu SSC Napoli. Tutaj piłka nożna to nie żarty. Murale, liczne flagi na ulicach, szaliki, koszulki w barwach klubu. Jak gdyby codziennie były jakieś ważne mecze. Lepiej nie przyznawać się jeśli kibicujecie innemu klubowi. To zniewaga, która krwi wymaga. Wyznawcy SSC Napoli wierzą, że ich zbawicielem jest wspaniały Diego Armando Maradona. Nie, w tym określeniu nie ma żadnej przesady.

Przy ulicy via San Biagio Dei Librai znajdziecie kawiarnię, w której znajdują się relikwie Maradony. Właściciel na jego cześć zbudował ołtarzyk, powiesił liczne zdjęcia i oprawił w ramę włos wybitnego piłkarza (tak, przeczytaliście dobrze). Dodatkowo wykorzystał swoje graficzne zdolności, by wykonać kilka godnych uwagi fotomontaży, jak np. ten obrazujący stworzenie calcio,gdzie widnieje napis:

La creazione del calcio – e Dio creo’ il calcio, poi chiamo’ Diego e gli disse ‚insegnalo’” / „Stworzenie piłki nożnej – Bóg stworzył piłkę nożną, a potem powołał Diego i powiedział mu ‚nauczaj'”

Włosi mają różne dziwactwa. Nie próbujcie zrozumieć.

adres: Bar Nilo, via San Biagio Dei Librai, 129

DRESS CODE – SPODNIE NA GUMCE

Pewnie znacie to uczucie, kiedy wgryzacie się w kawałek ulubionego, jeszcze ciepłego ciastka. Chwila kiedy do waszych kubków smakowych dociera słodycz kruchego ciasta i delikatność idealnie kremowego nadzienia jest tą chwilą, którą chcecie zatrzymać na zawsze. W ciągu ułamków sekundy do waszego mózgu dochodzi informacja o tym co dzieje się w waszych ustach i natychmiastowo jest ona zamieniana w myśl pt. „poezja smaku”, która z kolei w przełożeniu na język werbalny brzmi „mmmmm”.

Po raz pierwszy takie doświadczenie bardzo mocno uderzyło mnie w Portugalii, gdy spróbowałam Pastéis de nata. Moja cukiernicza percepcja świata zmieniła się na zawsze. Tego smaku nie da się odtworzyć, po ten smak trzeba wrócić.

Drugi raz miałam tak właśnie w Neapolu. Sfogliatella sprawiła, że jakość mojego życia momentalnie wskoczyła na najwyższy poziom. Wyobraźcie sobie ciastko kruche i tłuściutkie, wypełnione po brzegi kremową ricottą i posłodzone kandyzowaną skórką pomarańczy i cytryny. Zapewniam Was, że powrót do tego wspomnienia jest jak samobiczowanie się, szczególnie, że gdy to piszę jest środek nocy. Gdybym mieszkała w Neapolu i miała „dobre geny” jadałabym to all day every day. Dobrze, że byłyśmy tam tylko trzy dni, bo przez tę sfogliatellę to chyba bym musiała zarezerwować dwa miejsca na powrotny autobus.

info: Sfogliatella występuje w dwóch wariantach – ricca (krucha) i frolla (miękka). Serio nie mam pojęcia dlaczego dopiero ostatniego dnia spróbowałam tej drugiej, bo ona jest równie PRZEPYSZNA. Kupicie je dosłownie wszędzie, to bardzo neapolitański przysmak.

Tutaj na zdjęciu również bardzo neapolitańska słodycz – babà, czyli miękkie i bardzo słodkie ciasto zamoczone w rumie, podawane w różnych wariantach. Spróbowałam i zrozumiałam, że szkoda na to czasu i ilości konsumowanych kalorii, które można przeznaczyć na sfogliatellę.

Jeśli jesteście na diecie nie jedźcie do Neapolu, bo to będzie katorga. Ewentualnie wyposażcie się w parę wygodnych spodni na gumce. To jedyny sprawdzony tam dress code.

CZY WARTO BYŁO CZEKAĆ TAK?

Na pizzę w Neapolu czekałyśmy prawie 3 godziny. Zazwyczaj pomyślałabym, że to mocno pogrzany pomysł stać w kolejce po cokolwiek aż tyle czasu. Niezależnie czy to pizza, dziekanat czy karp w Lidlu. W sumie taka prawda. Trzeba być nienormalnym, żeby aż tyle czasu spędzić na czekaniu na placek z pomidorami i serem. Więc chyba jestem nienormalna, bo dla neapolitańskiej pizzy zrobiłam ten jeden wyjątek.

Kiedy wróciłam z Neapolu wszyscy pytali. Czy było warto?

Historia ta ma pewne mniej lub bardziej logiczne wytłumaczenie.

Otóż, do Gino Sorbillo wybrałyśmy się po 20:00 w sobotni wieczór, co było najprawdopodobniej najgorszą porą ze wszystkich możliwych. Tłumy gwarantowane, ale co tam, idziemy! Miałyśmy już zrobiony research i wiedziałyśmy co robić. Podeszłyśmy, a raczej przecisnęłyśmy się przez tabun ludzi do pana przy drzwiach, który zapisał moje imię i liczbę osób na listę oczekującą. Zapytałam ile będziemy czekać, ale odpowiedzi nie dostałam. Żyłyśmy więc w słodkiej nieświadomości.

Dookoła pizzerii było sporo barów, dlatego bez zastanowienia poszłyśmy do tego naprzeciwko. Do wyboru były trzy rozmiary Aperola – mały, średni, duży. Z początku celowałyśmy w mały, potem w średni, ale później dotarło do nas, że kogo my w ogóle oszukujemy i zdecydowałyśmy się na dużego. Pani zadowolona z naszej decyzji krzyknęła do kolegi robiącego drinki, żeby przygotował „più forte”, czyli wersję nazwijmy to solidną.

No i zaczęła się imprezka.

Co tam się działo to hit! Ludzie w ścisku, młyn i kocioł, a skutery i samochody nadal znajdowały miejsce, żeby przejechać. Dookoła gwar, muzyka, weseli ludzie. No pliss, w takich warunkach czekanie na najlepszą pizzę na świecie nie jest katorgą, ale atrakcja samą w sobie! To jedno z lepszych wspomnień tego wyjazdu.

Pomyślcie tylko – jesteście w Neapolu, czekacie na pizzę uznawaną na najlepszą (lub jedną z 2 najlepszych*) na świecie, popijacie Aperolka, a dookoła klasyczny neapolitański chaos. Uważam, że nie tylko warto czekać na to, żeby zjeść w takim miejscu, ale dobrze nastawić się na to, jak na coś co jest super wspomnieniem. Umówmy się, w Polsce nigdzie nie czekałabym tyle na pizzę. Ani nawet na pierogi. 😛


*stale konkuruje z niżej wspomnianą Da Michele

Dobra, dobra, zabawa, zabawą, ale trzy godziny to jednak długo :P. Pod koniec siedziałyśmy na małej ławeczce przy drzwiach wejściowych i patrzyłyśmy przez okno jak ludzie delektują się tym, co w naszych oczach było „tak blisko, a tak daleko”. Musiałam się opanowywać, żeby nie patrzeć z miną szczeniaczka na ich ciągnącą się mozarellę.

Humory jednak nam dopisywały i śmieszkowałyśmy sobie ze wszystkiego dookoła (guess why) i kiedy „kierownik” tego całego zamieszania powiedział, że jesteśmy następne, jakoś to do nas nie dotarło. Dopiero kiedy krzyknął „Dominika, due!” poczułyśmy, że to prawda. Doczekałyśmy się. Cieszyłyśmy się jak głupie i trochę było mi później wstyd, że pizza wywołała we mnie tak skrajne emocje, ale wiem, że wszyscy dookoła doskonale nas rozumieli.

Weszłyśmy, dostałyśmy stolik i kartę. Zamówiłyśmy. Emocje sięgały zenitu, coraz bardziej z minuty na minutę.

Wiecie jak to jest jak widzicie kelnera, który niesie wasze jedzenie, nie? Wyobraźcie sobie nas po 3 godzinach czekania, pełne świadomości, że to co nam niesie to najlepsza pizza na świecie.

Warto było czekać tak?

a) tak b) tak c) tak d) tak


Nie byłybyśmy godne wyjechać z Neapolu gdybyśmy nie porównały pizzy z Gino Sorbillo z tą, z którą tak konkuruje, czyli z Pizzerią Da Michele, jedną z najstarszych w mieście. Ma niesamowity klimat. Na ścianach wiszą stare zdjęcia z początków lokalu, fotografie z celebrytami i ich autografy. Panowie się nie szczypią w ładne serwowanie, wygłupiają się przy pieczeniu pizzy, a każdy rachunek recytują z głowy.

To również ta pizzera, w której Julia Roberts w filmie „Jedz, módl się i kochaj” wyznała, że jest w związku ze swoją pizzą i dała życiową radę, by zamiast przejmować się możliwymi dodatkowymi kilogramami, kupić większe spodnie! No i właśnie tak trzeba żyć, moi drodzy.

Procedura obowiązująca jest podobna do poprzedniej pizzerii – przychodzimy, zgłaszamy się do pana przy wejściu, dostajemy numerek i czekamy na swoją kolej. W środku siadamy z innymi osobami przy wspólnym stole. W menu znajdziemy tylko dwa rodzaje pizzy za całe 4€ – Margherita i Marinara (bez mozzarelli).


adresy:

Gino Sorbillo (ma dwa adresy) – via dei Tribunali, 32 (główna restauracja), via Partenope, 1 (podobno mniejsze kolejki)

L’Antica Pizzeria Da Michele – via Cesare Sersale, 1

inne polecane pizzerie: Pizzeria Di Matteo (wchodzi w skład najlepszego neapolitańskiego pizzowego trio) – via dei Tribunali, 94 ; Pizzeria Concettina ai Tre Santi – via Arena della Sanità, 7;Pizzeria Attanasio -via dei Tribunali, 379; Starita – via Materdei, 27/28


Konkluzja jest łatwa do rozszyfrowania – nie sztuka zobaczyć Neapol i umrzeć, sztuka zobaczyć Neapol i nie przytyć.

To miasto robi wrażenie, niezaprzeczalnie. Na niektórych dobre, a na niektórych złe. Myślę, że kluczem do sukcesu jest pojechać świadomym tego co tam się dzieje i przygotowanym na zobaczenie rzeczy, których nie wymaże się już z pamięci. I choć zgodzić się nie mogę z nieskromną opinią Neapolitańczyków, że ich miasto to città più bella, to z pewnością mogę się zgodzić, że jest ono niezwykle interesujące i (jak bardzo banalnie to nie brzmi) zupełnie inne na tle innych.


Kto z Was był w Neapolu? Jakie wzbudził w Was emocje? 😛

A może jest ktoś kto planuje wyjazd? 🙂

P.S. Lokalizacje, filmiki i zdjęcia możecie nadal podglądać w zapisanych relacjach na Instagramie – @nie.do.opisania

Ciao! 🙂

Komentarze: