Z Erasmusa wróciłam miesiąc temu. Tak, miesiąc temu i dopiero teraz moje myśli pozwalają mi skonstruować zrozumiałe (dla samej siebie) zdania. Pochłonięta pisaniem pracy licencjackiej i totalnie pokonana przez nadmiar emocji związanych z powrotem do rzeczywistości, musiałam dać sobie czas.

Nie było to łatwe. Nagle, jednego dnia zostałam wyrwana z życia, które tak bardzo kochałam i zostałam umieszczona w środowisku, które choć kiedyś tak dobrze znałam, teraz wydawało mi się zupełnie obce. Musiałam zostawić miejsce, w którym przez miesiące budowałam relacje, i które mnie ukształtowało. Opuściłam swój dom i ludzi, z którym dzieliłam najpiękniejsze chwile w życiu.

Czar prysł. Nadeszła pora, by obudzić się z pięknego snu zwanego Erasmus.

Erasmus składa się z trzech etapów. Kiedy przyjeżdżasz jesteś całkowicie oszołomiony. Przeprowadziłeś się do innego kraju. Przed Tobą wielka niewiadoma i zupełny brak oczekiwań, bo po prostu nie masz pojęcia czego możesz się spodziewać. Szukasz tego właściwego mieszkania, pierwszy raz idziesz na nową uczelnię, poznajesz studentów, którzy są w dokładnie takiej samej sytuacji co ty. Każdy jest ciekawy i otwarty na innych. Próbujesz wielu znajomości, starając się odgadnąć z kim spędzisz nadchodzący rok. Choć jeszcze nie jesteś tego świadomy to zaczynasz budować relacje z osobami, które zdają się od Ciebie inne. W końcu zaczynasz robić rzeczy, których nigdy byś się po sobie nie spodziewał. Spontanicznie podróżujesz, organizujesz ze znajomymi wspólne kolacje, imprezujesz do rana, w upalne noce spotykacie się ze znajomymi i cały czas poznajesz kolejnych erasmusów, uczysz się nowego języka, praktykujesz nowe zwyczaje, w weekendy jeździcie w góry, a w tygodniu na plażę, tak o, bo dlaczego nie. Każdy dzień jest pełen wrażeń i każdy wykorzystujesz na 100%. Cały czas tryskasz energią, uśmiechasz się i patrzysz na siebie jak na inną osobę. Totalnie szczęśliwą i wyluzowaną. Nie patrzysz na zegarek, nie skupiasz się na robieniu zdjęć, po prostu żyjesz chwilą. Nic nie planujesz i przyjmujesz wszystko co przynosi chwila. Czujesz nieopisaną wolność i w końcu wiesz co to znaczy żyć pełną piersią. Nadal musisz się szczypać, by upewnić się, że to dzieje się naprawdę.

Pewnego dnia budzisz się i przestaje Cię dziwić to, że nie jesteś w „swoim” pokoju. Utrzymujesz kontakt ze starymi przyjaciółmi, ale widzisz, że nikt Cię nie potrafi zrozumieć. Podzieliło was doświadczenie i sposób postrzegania rzeczywistości. Słabsze relacje nie przechodzą próby. Jednak wcale Cię to nie smuci, bo Twoje życie toczy się tu i teraz. W końcu masz na Erasmusie swoją paczkę stałych znajomych. Codzienne spotkania, wspólne lunche i gotowanie „dinnerków”, rozmowy przy kawie czy gelato, na które umawiasz się na 5 minut przed, spontaniczne wyjazdy, wędrówki po górach, co wtorek gra w siatkówkę i co środę beer pong. Nawet wspólna nauka w bibliotece jest czymś co lubisz. Zauważasz, że ludzie, którzy z początku wydawali Ci się kompletnie inni od Ciebie, stali się twoimi przyjaciółmi. Połączyły Was wspólne chwile, wolność od oceniania innych i otwartość na świat. Erasmus stał się Twoją codziennością, która powoli Cię przenika i zmienia. Już nie pamiętasz jak to jest żyć inaczej.

Jednak w głowie masz świadomość, że to nie jest „prawdziwe” życie, że to wszystko się skończy. Nagle orientujesz się, że został miesiąc i desperacko próbujesz zatrzymać czas. Zaczyna Ci doskwierać „post Erasmus depression”. Starasz się przedłużyć swój pobyt jak najdłużej. Zastanawiasz się dlaczego to wszystko musi mieć koniec. Doświadczyłeś pewnej jakości życia, z której tak ciężko teraz zrezygnować. Nie potrafisz wyobrazić sobie powrotu do starego trybu. Musisz rozstać się z przyjaciółmi, z którymi spędziłeś „time of your life”. Zamiast „goodbye” mówisz „see you soon”, chociaż wiesz, że z niektórymi osobami już nigdy się nie zobaczysz. Z innymi utrzymasz kontakt i będziecie starali się systematycznie odwiedzać, ale wiesz, że to już nigdy nie będzie to samo. Już nigdy nie będziecie dzielić codzienności.

Każda chwila i każda osoba zostawiła ślad w Twoim życiu. Twój świat, w porównaniu sprzed Erasmusa, jest totalnie inny.

Ty sam widzisz jak bardzo zmieniło Cię to doświadczenie. Jesteś bardziej otwarty, odważniejszy, przestajesz się przejmować drobnostkami, wyzbywasz się kompleksów. Widzisz świat z innej perspektywy, rozumiesz więcej rzeczy, podejmujesz więcej wyzwań, wiesz co to znaczy wolność. Nie boisz się być sobą.

Moje ostatnie dni w Pizie były kumulacją skrajnych emocji. Od euforii po przygnębienie, od ekscytacji po niepewność. Kiedy kupiłam bilet powrotny zaczęłam zauważać jak dni szybko lecą. Rozpędzany od września czas wcale nie chciał się zatrzymać. Wręcz przeciwnie, gonił szybciej i szybciej, a ja w przerażeniu chciałam złapać każdą godzinę, każdą minutę.

Nadszedł sezon pożegnalnych imprez. Ludzie powoli zaczęli wyjeżdżać. Jednak do mnie nic jeszcze nie docierało. Nie mogłam sobie wyobrazić codzienności bez Pizy. Dopiero na trzy dni przed wyjazdem zaczęła do mnie docierać smutna prawda. Byliśmy wtedy cały dzień na plaży w składzie Volley Addicts (rozgrywki między Erasmusami z Pizy), żeby podsumować całosemestralną zabawę w siatkówkę. Gorący dzień, głośna muza, piwerko, beach volley do zachodu słońca i ludzie, z którymi spędziło się tyle czasu. Zwyczajnie, tak jak to jest na Erasmusie. Po prostu spędzanie czasu razem. Kiedy wracaliśmy, dotarło do mnie, że to był mój ostatni taki „normalny” dzień w Pizie.

Moja i Dominiki impreza pożegnalna na Piazza dei Miracoli

W sobotę z kolei była „Gala”, ostatni oficjalny event organizowany przez ESN Pisa, impreza podsumowująca cały rok. Wielkie wydarzenie, na które wszyscy czekali. Była ścianka do robienia zdjęć, open bar i rozdanie nagród w różnych zaszczytnych kategoriach jak np. Miss/Mr Erasmus czy Miss/Mr Hangover. Piękny wieczór, który zamykał nasz wspólny, wspaniały rok razem.

16 czerwca, ostatni dzień na Erasmusie i jednocześnie data, na którą co roku czekają wszyscy Pizańczycy. Wtedy obchodzone jest święto miasta – Luminara dei San Ranieri. Dla mieszkańców ważniejsze wydarzenie niż nowy rok. Tego dnia wzdłuż rzeki Arno zabłysnęły tysiące świec, umieszczone na budynkach. Na ulice wyszły tłumy ludzi, żeby świętować. Fajerwerki, muzyka, wszechobecna radość i impreza – punkt kulminacyjny życia w Pizie. Dla mnie również punkt końcowym. Ostatnie spotkanie z przyjaciółmi. Następnego dnia rano miałam lot do Polski.

Źródło: Metropolitan Magazine
Ostatnie zdjęcie razem

Nie ukrywam, poryczałam się. Tak porządnie. Dobrze, że wracałam z przyjaciółką do domu, bo musiałyśmy się kilka razy zatrzymywać, żebym mogła się wypłakać. To był naprawdę koniec mojej przygody.

Jak nie trudno się domyślić raczej mało spałam tej nocy. W zasadzie wróciłam do domu, wzięłam prysznic i dopakowałam walizkę. Pożegnanie z moimi współlokatorkami było wyjątkowo wzruszające. Mariangela dała mi kopertę i powiedziała, żebym otworzyła ją jak już będę w samolocie. Zniosłyśmy wspólnymi siłami walizki. Taksówka czekała na dole. Ostatni uścisk w progu naszego domu, miejsca, które było dla nas zdecydowanie czymś więcej niż tylko przestrzenią, którą dzieliłyśmy. To wspólne chwile, zarówno dobre jak i złe. To przyjaźń. Zamknęłam drzwi, samochód ruszył i tylko widziałam jak oddalam się od machających dziewczyn. Przejeżdżaliśmy przez most, przez który przechodziłam codziennie, spojrzałam na najpiękniejsze Lung’Arno i znowu puściło. Rozpłakałam się w taksówce. Przynajmniej nie byłam sama. Razem z przyjaciółką jechałyśmy raz płacząc, raz się śmiejąc, nadal nie dowierzając co się dzieje.

Po walce z ponad 16 kilowym nadbagażem w końcu (w pół przytomna) usiadłam na miejscu w samolocie. Dookoła rozgardiasz, stewardessy zaczęły swój pokaz bezpieczeństwa, silnik ruszył, a ja otworzyłam list od Mari. Na kartkę kapały znowu moje łzy. Tym razem były to łzy szczęścia. Spojrzałam przez okno, już unosiliśmy się nad Pizą. Wyraźnie widziałam miasto, rzekę, Krzywą Wieżę. Przepełniła mnie nieopisana radość, spełnienie i wdzięczność. Za wszystko co się wydarzyło, za codzienność w tym miejscu, za wszystkich ludzi, których spotkałam. Za to, że po raz pierwszy od kiedy wyjechałam na studia, poczułam, że mam dom.

Once Erasmus, always Erasmus. Te słowa zrozumie się dopiero, gdy się ich doświadczy. Możliwość uczestniczenia w wymianie zmienia Cię na całe życie. Już nigdy nie spojrzysz na świat w ten sam sposób co wcześniej. Zawsze będziesz czuł, że cząstka Ciebie została rozproszona gdzieś po Europie. Zawsze będziesz tęsknić do ludzi, miejsca i do konkretnego czasu. Dni upłyną i życie będzie toczyć się dalej, ale kiedy spojrzysz na zdjęcia uśmiechniesz się przez niewidzialne łzy i przypomnisz sobie, że to były najpiękniejsze momenty Twojego życia.

Grazie Pisa per tutto e tutti. Ti amo. <3

Komentarze: