Znacie to uczucie kiedy wasze plany, które do czasu tak idealnie realizowane, nagle zostają doszczętnie zniszczone przez bezlitosność rzeczywistości? Myślicie sobie wtedy „wiedziałam/em, że tak dobrze być nie może!” Wyobraźcie sobie sytuację, że jesteście w trakcie wspaniałych wakacji (które długo i entuzjastycznie planowaliście) i w pewien wczesny, deszczowy poranek w Londynie, po nocy spędzonej na kanapie w Costa Coffee, pani z obsługi lotu na trasie Londyn-Sztokholm stwierdza, że nie wejdziecie na pokład. Skutkiem czego, nie jesteście w stanie dokończyć podróży, ani w najbliższym czasie wrócić do domu, bo lotu przebookować się nie da, a najbliższy jest jutro w cenie 900zł (a, i w portfelu jakieś 50 pensów) Taaak, domyślcie się co czułam. Pozwolę sobię to poetycko nazwać zdruzgotaniem emocjonalnym w stadium najwyższym. Dobra, ale zacznijmy od początku! fullsizerender-69Musimy cofnąć się w czasie do sierpnia 2015r. Minęło półtora roku od czasu kiedy obiecałam sobie, że nikt nie dowie się o tym bardzo stresującym wydarzeniu. Jak nie trudno się domyślić, nie potrafiłam ukryć tego, że z niewiadomych przyczyn nie doleciałam do Sztokholmu, tak jak planowałam. Nieliczni wiedzieli. Wracając, na przełomie maja i czerwca zaczęłam planować wakacyjny wyjazd z przyjaciółką, którego pierwotna trasa miała obejmować trzy europejskie stolice: Oslo, Londyn i Sztokholm. W dzieciństwie sporo podróżowałam z rodzicami, ale głównie po Polsce, więc lot do Oslo był moim pierwszym. Tak jak i Ani. Totalnie zielone wyleciałyśmy z Poznania, żeby za około 1,5 godziny zacząć naszego mini euro-tripa. fullsizerender-75Oslo okazało się cudowne! Zaczynając od tego, że kierowca autobusu z lotniska podwiózł nas pod sam adres, z obawy, żebyśmy się nie zgubiły (i bardzo dobrze, bo pewnie straciłybyśmy pół dnia na poszukiwaniach). Nocowałyśmy w pokoju, w przepięknym apartamencie w centrum Oslo, dzięki Airbnb. Pomimo tego, że miasto jest zupełnie inne niż małe, włoskie miejscowości albo środkowoeuropejskie stolice, zupełnie nas oczarowało. Nowoczesna architektura, zaskakujący spokój i przepiękny port – z tym właśnie kojarzę to miejsce. Jeszcze oczywiście z przerażajaco, wręcz szokująco wysokimi cenami (1l wody za 10zł/15zł). Na szczęście przeżyłyśmy i nie zbankrutowałyśmy, dzięki jedzeniu z Polski. 🙂 fullsizerender-70 Zwiedzanie było cudowne! Pamiętam jak bardzo rozentuzjazmowane byłyśmy tym co widziałyśmy, i tym co nas czekało. W pierwszy dzień wieczorem rozładował mi się telefon, akurat kiedy robiłyśmy zdjęcia przy operze. Byłam wtedy trochę zła, ale chwilę później moja złość zamieniła się w czyste rozgoryczenie. Telefon już się nie włączył. Straciłam zdjęcia, które do tej pory zrobiłam, ale co gorsza, nie mogłam robić ich już więcej. Właśnie dlatego jakość tego co tutaj przedstawiam jest conajmniej opłakana. Iphone 4 nie podołał wyzwaniu, jakie zostało mu rzucone przez dwie 18-latki, pragnące jakże instagramowych zdjęć. Trochę czasu mi zajęło, zanim złość mi przeszła, ale pocieszona zbliżającym się wylotem do Londynu, w końcu przestałam się przejmować. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że ten z pozoru błachy problem, przyczyni się do tego, że deszczowy, londyński poranek stał się taki niezapomniany. fullsizerender-67 fullsizerender-6614055637_1126685697390345_1958604553_nPo dwóch dniach w Norwegii, nadeszła pora na kolejny kierunek – Londyn. Nie smucąc się już nieszczęśliwym wypadkiem z telefonem, razem z Anią zaczęłyśmy eksplorować to niesamowite miasto. Spędziłyśmy tutaj pięć dni, goszcząc się mieszkaniu przyjaciółki mojej kuzynki (jeszcze raz, wielkie dzięki dla Dominiki! ♡). W Londynie nie można narzekać na brak atrakcji, w przeciwieństwie do pogody. Moją jedyną kupioną tam pamiątką była parasolka, którą tak à propos mam do dziś – co jest dowodem na to, że nie wszystko co przywozimy z wakacji musi być narzędziem do podczepiania listy zakupów na lodówce.14303911_1147636641961917_754280820_ofullsizerender-74Choć osobiście uważam, że urok tego miasta jest niezależny od średniej ilości opadów. Skłamałabym jednak, gdybym powiedziała, że padało cały czas. Spędziłyśmy cudowny czas. Nadeszła jednak w końcu pora na pożegnanie i powitanie następnej stolicy. Spakowałyśmy rzeczy, posprzątałyśmy mieszkanie i zostawiłyśmy na stole podziękowania dla goszczących nas. Udałyśmy się na stację Stradford, wsiadłyśmy w autobus Terravision i pojechałyśmy na lotnisko. Była późna godzina, a my miałyśmy lot wcześnie rano, co oznaczało mało komfortowe warunki noclegowe. Na szczęście Costa miała dobrą herbatę i bardzo wygodne kanapy. Plan był taki: wstać na tyle wcześnie, żeby wydrukować karty pokładowe, kupić coś na drogę i bez stresu zająć kolejkę do gate’u. fullsizerender-76 fullsizerender-71Wybiła oczekiwana godzina, więc poszłam do strefy Ryanair, żeby w ich maszynach bezpłatnie wydrukować nasze karty. Nie działały. Pani z obsługi również nie mogła mi pomóc. Dobra, trzeba było to zrobić przez lotniskowe komputery. Wrzuciłyśmy naszego ostatniego funta – 10 minut wykupionego czasu powinno starczyć, w końcu to żadna filozofia. I tutaj się myliłam. Próba uruchomienia jakiejkolwiek strony graniczyło z cudem, bo komputer nie był pierwszej młodości i bardziej przypominał mikrofalówkę niż jakiś inteligentny sprzęt. Kiedy w końcu udało mi się wejść na pocztę, mym oczom ukazał się kilkustronicowy formularz potwierdzający moją tożsamość, jako użytkownika maila. Została wtedy połowa czasu i zaczął we mnie działać stres. Było to bardzo motywujące do jak najszybszego wypełnienia okienek, ale internet najwyraźniej nie czuł tego co ja i wcale nie zamierzał przyspieszyć. Prawdopodobnie na mój telefon przychodziły powiadomienia o niecodziennej próbie logowania i wystarczyłoby zatwierdzić to, że ja to ja jednym kliknięciem, no ale przecież mój telefon wyzionął ducha kilka dni wcześniej…

Cała ta akcja trwała ładną chwilę i czas na odprawę minął. Udałyśmy się do obsługi Ryanair, żeby zgłosić to wszystko co zaszło i dowiedzieć się co w ogóle zrobić w tej sytuacji. Wszystko czego się dowiedziałam można skrócić do krótkiej informacji – nic dobrze prognozowanego. Trzeba było zapłacić za odprawę 90£, na osobę. Niezbyt mi się to widziało, dlatego wdałam się w krótką polemikę z życzliwą panią, tłumacząc jej, że to wypadek losowy. Jak widać ładnych oczu nie mam, skoro nie dała się przekonać. Była 6:00 rano i bardzo nie chciałam budzić mojego taty, ale totalnie nie wiedziałam co robić. Mój tata odbierze telefon o każdej porze dnia i nocy i zawsze pomoże. To była szybka akcja i szybka decyzja. Za chwilę miałam pieniądze na koncie, bo w takich sytuacjach finanse już się nie liczą, ale to żeby bezpiecznie wrócić do domu. Zestresowana i podirytowana wyciągnęłam kartę, żeby wykonać najdroższą transakcję tego wyjazdu. Odmowa. Zaciskam zęby. Znowu telefon do taty: „być może to prowizja, przeleję jeszcze 100zł, żeby na pewno nie zabrakło”. Kilka chwil i pieniądze są. Podaję kartę, wklikuję pin, autoryzacja. Odmowa. Przyczyną (jak się później okazało) były limity na koncie, z racji posiadania konta młodzieżowego. Totalnie zdezorientowana i super zdenerwowana poddałam się. Nie było więcej opcji. Patrząc na zegarek i widząc godzinę odlotu popłakałam się. To nie było lekkie uronienie łezki jak w Mediolanie, tym razem dosłownie się poryczałam. Ze złości, zmęczenia i bezradności. Musiał być to dosyć żenujący widok, skoro jakiś przemiły pan zaczął mnie pocieszać i kiedy mu opowiedziałam co się stało, z wielkim wspólczuciem zaoferował nam pomoc, jedzenie, pieniądze, dojazd do Londynu (był taksówkarzem). Za wszystko pięknie podziękowałyśmy, ale najwidoczniej tak bardzo poruszył go widok mojej opuchniętej twarzy, że zostawił wizytówkę z numerem, gdybyśmy jednak czegoś potrzebowały. Jedyne co wtedy chciałam to wrócić do domu.

Jak już wiecie, możliwości przebookowania nie było. Po rozmowie z moimi rodzicami, okazało się, że oni już zdążyli poszukać alternatywy. Mama namawiała nas, żebyśmy jeszcze zostały i nacieszyły się wyjazdem, my chciałyśmy wracać. Fajnie było, ale zatłoczony Londyn nas zmęczył, a ta sytuacja tak zestresowała, że jedyne co chciałyśmy to ujrzeć ojczystą ziemię. Moi rodzice kupili nam bilety na autokar do Koszalina. Naprawdę nie wiem jakim cudem znaleźli połączenie do naszego miasta, tego samego dnia, za kilka godzin. Tak samo jak i nie mam bladego pojęcia co bym bez nich zrobiła. (Mój tata po tegorocznej akcji w Mediolanie mianował się na mojego assistance, ale ja go mianuję na mojego drugiego Anioła Stróża). Wróciłyśmy do centrum, złapałyśmy trochę wi-fi i prądu w Starbucksie i wsiadłyśmy do autokaru z napisem Polska. fullsizerender-67 fullsizerender-72 img_3221

Muszę przyznać, że nigdy nie dostałam takiej lekcji pokory do życia, jak wtedy na lotnisku w Londynie. Zażenowana byłam tą sytuacją i nie chciałam o niej nikomu mówić, ale przecież nie każda historia musi być idealna, żeby została opowiedziana. Po czasie, kiedy wszystko ułożyłam sobie w głowie, zauważyłam jak dużą naukę otrzymałam. Po pierwsze, nie wszystko jest zawsze tak jak planujemy, dlatego należy mieć pokorę do życia i nauczyć się wyciągać lekcję, z tego co się nam przytrafia. Po drugie, już wiem więcej i jestem mniej zielona w sprawach samolotowych, ale też zdecydowanie bardziej odważna – takie sytuacje naprawdę hartują człowieka.

Wierzę w to, że Ktoś tam na górze pilnuje porządku i tak po prostu miało być. Być może coś gorszego miało się nam przytrafić w Sztokholmie, kto wie? A być może właśnie to miało się stać, żebym stała się bardziej świadomą i odważną.

Jedno wiem napewno. Pisząc ten post, przypominając sobie wszystkie nasze historie i oglądając zdjęcia zatęskniłam mocno za Londynem, dlatego chyba muszę zacząć planować moją kolejną przygodę tam! 🙂

Jestem ciekawa, kto z Was miał podobne lotniskowe historie? Albo jaka była Wasza najlepsza lekcja z podróży? 😉

xx

10 thoughts on “OSLO, LONDYN, SZTOKHOLM – CZYLI LEKCJA Z PODRÓŻY”

  1. Przegięłaś – czytając to czuję dumę, radość i ściskanie w gardle. Bardzo się cieszę, widząc jak spełniasz swoje marzenia. Największą dumą napawa mnie to, w jaki sposób przekuwasz marzenia w plany, a plany w realizację. <3
    Tak trzymaj

  2. Ja jak narazie jestem mistrzynią w spóźnianiu się na pociągi (na szczęście to niegroźne) i gubieniu rzeczy w samolocie. Najważniejsze zguby udało mi się odzyskać, podobnie jak w przypadku Twojego portfela 🙂 Wciągające opowiadania, miałam odpowiedzieć na maile a przepadłam na twoim blogu 🙂 Może jakaś kawa, skoro jesteś już w Poznaniu na studiach? Buziaki, Iga

  3. Spóźnić się na pociąg w Polsce, a nie odwrót to rzeczywiście talent 😛 A co do kawki, to z miłą chęcią. Zgadajmy się niedługo! 😉

  4. Uwielbiam czytać te twoje wpisy! Niby nic,a można z nich wyciągnąć niezłą refleksje 🙂
    Czekam na więcej!!!
    Powodzenia <3

  5. „Jak widać ładnych oczu nie mam, skoro nie dała się przekonać.”
    Akurat oczy masz bardzo ładne

  6. „nacie to uczucie kiedy wasze plany, które do czasu tak idealnie realizowane, nagle zostają doszczętnie zniszczone przez bezlitosność rzeczywistości? Myślicie sobie wtedy „wiedziałam/em, że tak dobrze być nie może!”” to idealnie opisuje jak czułam się, gdy odwołano koncert na który zbierałam kasę przez 2 lata. miałam jechać do Pragi w siostrami na 3 dni (1 dzień stania pod areną oczywiście), pierwszy raz za granicą. teraz muszę znowu czekać. ale twoja przygoda jest o wiele gorsza i tak! ja panikuję o wiele bardziej, więc ja wg bym zawalu dostała haha

  7. Grunt to zawsze myśleć pozytywnie i zawsze wyciągać lekcje z tego co nas spotyka! Tak samo jak i w mojej sytuacji, tak i w twojej: może coś gorszego miało się stać ;). Na lotnisku nie miałam pojęcia co robić, bardzo byłam zła i zestresowana, ale z perspektywy czasu jestem wdzięczna, że to się stało. Dużo mnie to nauczyło i dzięki temu jestem bardziej odważna i zaradna. 🙂

Co tam sobie myślisz? :)

%d bloggers like this: