Muszę przyznać, że Paryż był ogromnym zaskoczeniem. Miasto, które choć nigdy nie było na liście moich największych marzeń, w zasadzie było jak ich spełnienie. Uświadomiłam to sobie kiedy stojąc pod wieżą Eiffla zaczęłyśmy się szczypać. 

Nie ukrywam, że do Paryża pojechałam dość sceptycznie nastawiona. Wiele osób mi mówiło, że jest przereklamowany, albo że nie zrobił na nich takiego wrażenia, jakiego się spodziewali. Inni (nie tylko moja mama) nakręcali mnie, mówiąc że jest tam teraz bardzo niebezpiecznie. Pakując się, nie spodziewałam się więc, że zakocham się w tym mieście. Chciałam je po prostu zobaczyć, bo przecież widziałam je w tylu filmach, na tylu zdjęciach. Zobaczyć, napawać się widokiem pięknych kamieniczek, choć może niekoniecznie wrócić. Po kilku dniach całkowicie zmieniłam zdanie. Paryż niesamowicie pozytywnie mnie zaskoczył. Bez wątpienia jeszcze długo nie zapomnę jak spacerowałyśmy oblaną słońcem Champs-Élysées, jadłyśmy bagietki i leżałyśmy na trawie w parku przy placu Trocadéro. Och… już rozumiem dlaczego mówi się, że Paryż jest zawsze dobrym pomysłem. 

Po półtorej godziny lotu i godzinie dojazdu z lotniska znalazłyśmy się w końcu na miejscu. Nasze okrzyki radości, przeplatane nuceniem piosenki Joe Dassina tylko potęgowały nasz entuzjazm. Zapatrzone w haussmanowską zabudowę przeszłyśmy od Łuku Tryumfalnego do Wieży Eiffla. Jak wielkie było moje zdziwienie kiedy okazało się, że żelazna konstrukcja w zasadzie jest jeszcze brzydsza niż myślałam. Patrząc na nią widziałam tylko wielki brelok (który od lat mam przy kluczach), który jednak dzięki ludziom i paryskiemu prestiżowi stał się nieoderwaną częścią Francji.

Kiedy nadeszła pora na udanie się do naszej noclegowni (bo inaczej tego nie mogę nazwać) udałyśmy się na metro. Nakręcone przez głosy ostrzegające nas przed terrorystami, wybuchającymi samochodami i złodziejami, lekko poddenerwowane całą drogę jechałyśmy przytulone do naszych torebek.

Kiedy dotarłyśmy na stację Couronnes ruszyłyśmy według nawigacji do naszego Ideal Hotelu, nieświadome jeszcze jaka niespodzianka tam na nas czekała. Nie zrozumcie mnie źle, nie jestem wymagającą osobą jeśli chodzi o standard. Kiedyś, jako harcerka spędzałam miesiąc w lesie myjąc się w misce i śpiąc na łóżku, które sama sobie zbudowałam. Naprawdę nie potrzebuję kąpania się w luksusie, żeby mieć udany wyjazd. Ceny w Paryżu są jakie są, wiedziałam co bookowałam. Niestety zdjęcia nie oddawały stanu faktycznego tego miejsca. Z perspektywy czasu nie wiem, czy to co zastałyśmy bardziej nas zdenerwowało czy rozśmieszyło. Otóż, kiedy dostałyśmy klucz, wijącymi schodami udałyśmy się na ostatnie piętro. Wąskim korytarzem doszłyśmy pod drzwi, na których widniał numerek taki sam jak na kluczu. Lekko przerażone tym, co do tej pory zobaczyłyśmy niepewnie otworzyłyśmy drzwi i naszym oczom ukazał się *uwaga* prysznic. Tak jest, dostałyśmy pokój z prysznicem, i to nie byle jakim, bo niezamykającym się (nie licząc lekko obskurnej zasłonki, której strach było dotknąć). Znajdował się on dosłownie naprzeciw łóżka, który pokryty czerwonym kocem wzbudził w nas mieszane emocje. Och długo by opisywać nasze myśli. Czułyśmy się trochę jak w meksykańskim motelu. Z jedną małą różnicą – ten był zdecydowanie droższy. Po ustaleniu planu na następny dzień, który zakładał zrobienie rabanu obsłudze „hotelu”, położyłyśmy się spać z modlitwą na ustach, o to, żeby nie obudził nas żaden karaluch.

 

7:00, dzwoni budzik. Niby nic nadzwyczajnego w poniedziałkowy poranek, jednak ten alarm obudził nas od razu. Co prawda, sen siła wyższa, więc jeszcze przez chwilę poobracałyśmy się z boku na bok. Kiedy zorientowałyśmy się, że tego poniedziałku obudziłyśmy się nie w Poznaniu, a w Paryżu, szybko się ubrałyśmy i wyszłyśmy, nie chcąc spędzać w Ideal Hotelu ani minuty dłużej.

Obrałyśmy kierunek Louvre, po drodze zachodząc do  pobliskiej pâtisserie. Uprzejma pani spakowała nam zamówione bagietki w gazetę, a my uradowane widokiem i zapachem tych świeżych wypieków, jeszcze bardziej podekscytowane ruszyłyśmy w stronę naszego pierwszego celu. Idąc oglądałyśmy jak paryskie kawiarenki budzą się do życia i wpatrzone tak w obraz francuskiego poranka, nie wiedząc kiedy dotarłyśmy na Rue de Rivoli, gdzie znajduje się dawny pałac królewski – Luwr. Spędzając w Paryżu trzy dni trudno było poświęcić cały dzień tylko na Luwr. Ogromny pałac mieszczący w swoim wnętrzu 35 tys. dzieł sztuki zdecydowanie zachwycił nas swoją potęgą.  Z pewnością można by było spędzić tam kilka dobrych godzin (albo i dni), by zatrzymać się przy każdym eksponacie. Jednak nie miałyśmy tyle czasu i spacerując szybkim krokiem próbowałyśmy zatrzymać w pamięci te wszystkie majestatyczne obrazy i rzeźby. Oczywiście nie mogłyśmy sobie też odmówić selfie z niejaką panną Mona Lisą. Po pstryknięciu sobie kilku wspólnych zdjęć ruszyłyśmy dalej. 

Po wyjściu z sal muzeum, momentalnie oblały nas ciepłe promienie słońca. Muszę tutaj zaznaczyć, że był to marzec (coż za przypadek, dopiero podczas sesji znalazłam wystarczająco dużo czasu, by napisać ten tekst), więc wtedy każdy mały promyczek był  dla nas czymś wyjątkowym. Kiedy przeszłyśmy na drugą stronę ulicy, znalazłyśmy się przy Palais-Royal. Naszym oczom ukazał się przyjazny widok, za którym z utęsknieniem czekałyśmy całą zimę. Za pałacem, w oblanym słońcem parku wiła się aleja kwitnących drzew, pod którymi ludzie czytali książki i jedli lunch. Pochłonięte paryską atmosferą i zapachem różowych kwiatów złapałyśmy za mapę, żeby wyznaczyć trasę do kolejnego punktu którego nie chciałyśmy przegapić – katedry Notre Dame. Po przejściu jakiś dwóch kilometrów zorientowałyśmy się, że wybiła godzina spadku kofeiny w organizmie. Cofnęłyśmy się więc kilka uliczek wstecz, żeby znaleźć tę idealną kawiarnię (bo przecież tak ich mało w Paryżu). Po drodze jednak naszym oczom ukazało się zielone logo amerykańskiej kawiarni, której stoliki zazwyczaj zajmują posiadacze najnowszych Iphonów. Spragnione super zimnej i super kalorycznej kawy, która zawiera więcej cukru niż kofeiny, poddałyśmy się i zmęczone usiadłyśmy, sącząc w ciszy największy możliwy kubek karmelowego frappuccino. Kiedy poziom cukru w naszych organizmach podniósł się i byłyśmy w stanie  pokonać ostatnie 500m dzielące nas od katedry, wstałyśmy i opuściłyśmy to niezwykle klimatyczne miejsce.

Przejście ponad 60 km w niecałe trzy mówi samo za siebie. Nasz pobyt w Paryżu kręcił się głównie wokół spacerów, ale jeden z nich zapamiętałam szczególnie.

Kiedy mogłyśmy odhaczyć z listy katedrę, nadeszła pora obiadowa, a że będąc w Paryżu nie wyobrażałam sobie innej opcji jak zjeść posiłek z widokiem na wieżę Eiffla, musiałyśmy przejść kolejne kilometry, by się tam znaleźć. Droga była jednak wyjątkowo przyjemna. W środku marca poczułyśmy się tak, jak w środku lata. Idąc wzdłuż Sekwany słońce górowało i świeciło z taką mocą, że zaczęłam bać się, że moje czarne rajstopy zaczną się palić. Tak się na szczęście nie stało.

Jestem przekonana, że wielu z Was (szczególnie dziewczyny :D) ma tak jak ja, kilka marzeń, które zdają się być najbardziej oklepanymi. Czyż piknik pod wieżą Eiffla nie brzmi zarówno cudownie jak i nieco kiczowato? Albo przynajmniej nadto romantycznie?  No ale kto by nie chciał tego zrobić?

Będąc w Paryżu i planując zrealizowanie takiego super pikniku trzeba się oczywiście postarać o świeżą bagietkę, jak najmniej śmierdzący ser, dobre tanie wino i oczywiście truskawki (najlepiej całą skrzynkę), bo co to za romantyczny piknik bez truskawek? Kiedy już zbierzecie wszystkie artykuły, możecie zacząć poszukiwanie idealnego miejsca na trawie przed wieżą, a kiedy już to wykonacie możecie śmiało nakryć kocyk i zacząć rozkoszną ucztę. Chociaż nie tak prędko z tym ostatnim punktem – jeszcze trzeba przecież zrobić milion zdjęć. Nie przejmujcie się jeśli po dziesięciu minutach ludzie dookoła zaczną się z was śmiać – tak jak z nas. Idealne zdjęcie na Instagrama to przecież podstawa, a nie codziennie przecież celebruje się poniedziałki w tak wyjątkowy sposób. 😛

Jak bardziej romantycznie można zakończyć pełen wrażeń dzień w Paryżu niż oglądając wieżę Eiffla na tle roztapiającego się słońca?

Nie mam pojęcia. Choć jako dwie samotne panny starałyśmy się, żeby nie popaść w depresje będąc w mieście miłości, to nie ukrywajmy – znacząco utrudniały nam to pary proszące nas o zdjęcia, na których nieśmiało skradali sobie nawzajem buziaka. Cóż, może kiedy indziej będąc w Paryżu, to ja będę tą irytującą, zakochaną osobą. Hmm… może kiedyś. Tym razem byłam tą szczęśliwą osobą, która tańczyła na placu Trocadero do dźwięków, które wydobywał smyczek ulicznego grajka. Zakochana w chwili, która była spełnieniem nieznanych mi dotąd marzeń. W tamtym momencie naprawdę nie mogłam narzekać. Choć chwilę później czekał nas powrót do meksykańskich klimatów panujących w naszym hostelu to i tak musze przyznać, że był to jeden z lepszych poniedziałków w moim życiu! 😉 

Temu miejscu towarzyszyło tyle pozytywnych emocji, że postanowiłam rozłożyć tekst na dwa wpisy. Następny pojawi się całkiem niedługo (mam nadzieję, że nie za kolejne 2,5 miesiąca 😛 ).

 

Poprzednio -> Bolonia

One thought on “PARYŻ, CZYLI PRZESYT ROMANTYZMU I MEKSYKAŃSKIE KLIMATY”

Co tam sobie myślisz? :)