Od dłuższego czasu nie potrafię zebrać myśli w dającą się zrozumieć całość. Każde ze słów, które przewijają się w mojej głowie, zdają się być niewystarczające, by wyrazić to, jak się czuję. Już jakiś czas temu wróciłam z kilkudniowego pobytu w Polsce, podczas którego spotkałam się z przyjaciółmi i rodziną. Każdy zadawał to samo pytanie – jak mi jest we Włoszech. Odpowiedź próbowałam zamknąć w prostym „przepięknie” lub czasem w bardziej dobitnym sformułowaniu, ale miałam wrażenie, że nawet to, nie jest wystarczające. Nie potrafiłam opisać tego uczucia, bo nigdy wcześniej go nie miałam. Nigdy wcześniej nie czułam się tak wolna jak teraz.

Przed przeprowadzką do Włoch nie miałam żadnych zaplanowanych podróży. Ba, nawet żadnych oszczędności na nie. Moim planem było po prostu tutaj mieszkać i brać to, co przychodzi w danym momencie. A wiecie, kiedy w danym momencie przychodzą bilety na Sardynię za 11€ to trzeba to przyjąć i lecieć. Nie myśleć, nie kalkulować, po prostu wykorzystać tę chwilę.

Od powrotu z Sardynii minął już prawie miesiąc, więc wspomnienia w mojej głowie są coraz mniej wyraźne. Jednak kiedy patrzę na te zdjęcia, wszystko do mnie wraca. Wyspa była od zawsze na mojej liście marzeń i nie sądziłam, że uda mi się wykreślić ją tak szybko. Zawsze kojarzyła mi się z cudowną naturą, a głównie z plażami i nieskazitelnie czystą wodą. Nie zawiodłam się. Pamiętam chwilę, która była punktem kulminacyjnym tego marzenia. Fale unosiły mnie na powierzchni wody, a wiatr delikatnie muskał moją spieczoną słońcem twarz. Przede mną rozpościerał się widok, o którym od dawna śniłam.

Miejsce, które widzicie na zdjęciach to półwysep San Giovanni di Sinis. Obszar pokryty zielenią, w której kryją się rzadkie gatunki ptaków i innych małych żyjątek. Wokół panuje wszechogarniający spokój, a cisza zakłócana jest tylko dźwiękiem fal rozbijających się o brzeg. Stojąc na skraju klifu i wpatrując się w niezmierzoną przestrzeń, trudno nie mieć wrażenia, jakby się było na końcu świata.

Jednak Sardynia to nie tylko plaże i skaliste wybrzeże. To również majestatyczne góry i nieskończone horyzonty zieleni. Nie mogliśmy tego przegapić, więc wybraliśmy się na jednodniową wędrówkę po Gola di Gorropu, czyli jednym z najgłębszych kanionów w Europie. Chyba nie muszę mówić jak bardzo kocham takie miejsca.

Dokładnie po środku zdjęcia powyżej widać kanion z góry. Dojście do niego trwa ok 1,5 – 2 godziny, a szlak oferuje niesamowite widoki. Mleczna mgła powoli odsłaniała kolejne szczyty, aż w końcu mogliśmy oglądać krajobraz w pełnej okazałości.

Kiedy zeszliśmy na dół okazało się, że wskutek intensywnych deszczy, kanion jest częściowo zalany. Miejscami trzeba było zdejmować buty i moczyć stopy w lodowatej wodzie. Zupełnie mi to nie przeszkadzało.

 

Idąc między tymi wysokimi skałami trudno było patrzeć pod nogi. Z każdym krokiem nabierałam coraz większego szacunku dla tych potężnych, kamiennych ścian. W takich miejscach zawsze czuję się mała. Lubię to uczucie.

Kanion zrobił na nas ogromne wrażenie, ale następnego dnia wsiedliśmy w samochód i pojechaliśmy na północ wyspy, by zobaczyć sławną grotę Neptuna. Grota ta znajduję się wewnątrz wapiennych skał tworzących cypel Capo Caccia.  Choć bardzo się starałam, to nie udało mi się uchwycić tego widoku na zdjęciach.

Mogłabym siedzieć tam godzinami, a i tak nie nasyciłabym się tym widokiem. To jedno z tych miejsc, które sprawia, że myśli same układają się piękną opowieść, której nie da się zamknąć w słowach. Zachodzące słońce dało nam niezły spektakl, który jeszcze długo będę próbowała odtwarzać w głowie.

Ostatniego dnia wyjazdu nie mogliśmy spędzić inaczej niż na plaży. Wybraliśmy się na Is Arutas – plażę z piaskiem przypominającym ziarna ryżu i krystalicznie czystą wodą.

Patrzę na te zdjęcia i nadal nie mogę uwierzyć w to, że tam byłam. To, jak teraz wygląda moje życie to totalna abstrakcja. Świat przekręcił mi się o 180 stopni. I choć nie każdy dzień wygląda jak te spędzone na Sardynii, to jestem wdzięczna za wszystkie – nawet te spędzone na uczelni czy przy biurku w domu. Codziennie utwierdzam się w tym, że wyjazd do Włoch to była najlepsza decyzja w moim życiu. Z dala od męczących schematów i miejsc, w których się dusiłam. Tutaj czuję się w końcu wolna. Nie tylko fizycznie, ale przede wszystkim psychicznie.

 

One thought on “SARDYNIA I KILKA PRZEMYŚLEŃ O WOLNOŚCI”

Komentarze:

%d bloggers like this: