Przyjemne słońce przez większość dni w roku, uśmiechnięci i bezproblemowi ludzie, gwar w kawiarniach, topiące się i spływające po palcach najlepsze lody na świecie, długie wieczory w gronie przyjaciół i rodziny, ciągnąca się mozzarella na pizzy, przystojni mężczyźni w dobrze skrojonych garniturach, białe vespy przemykające przez wąskie uliczki uroczych miasteczek i ten brak stresu, bo przecież na wszystko jest czas. Ach, włoskie dolce vita! Kto by nie chciał przenieść się w ten idealny świat?

Choć zdawałam sobie sprawę z tego, że dolce vita nie jest synonimem życia codziennego we Włoszech, to na początku dałam się mu trochę ponieść. Spacerując codziennie kamiennymi uliczkami chłonęłam atmosferę tego miasta. Trudno było mi wtedy uwierzyć, że przyjdzie taki moment, gdy wyrecytuję całą litanię rzeczy, które mnie irytują w tym miejscu. Nie zrozumcie mnie źle, jest mi tutaj bardzo dobrze, ale erasmusowe emocje już opadły i w ciągu tych trzech miesięcy zdążyłam zauważyć rzeczy, których się nie spodziewałam. Jedne wywołały lekkie zdziwienie, inne pozytywną reakcję, a jeszcze inne najzwyczajniej zaczęły mi przeszkadzać.

NAJWIĘKSZYM PLUSEM PIZY JEST TO, ŻE JEST BLISKO FLORENCJI 

Jeśli zastanawiacie się w ile czasu można zwiedzić Pizę, to odpowiadam – 2 godziny maksymalnie. Wliczając w to już czas na zrobienie głupich zdjęć z Krzywą Wieżą. Piza jest malutka i choć nie odejmuję jej uroku (bo oczywiście uwielbiam to miejsce) to to prawda, że nie ma tutaj zbyt wiele do zobaczenia. Wielu turystów mówi, że największym plusem Pizy jest to, że jest blisko Florencji. Niektórzy nawet nie dają jej szansy i wsiadają od razu po wylądowaniu w autokary w kierunku stolicy Toskanii. To prawda, zabytki, które warto tutaj zobaczyć można policzyć na palcach jednej ręki. Urok tego miasta tkwi jednak w czymś innym. Piza to miasto studenckie. Liczba mieszkańców to około 85 tysięcy zameldowanych plus około 40 tysięcy studentów. Nie trudno się więc domyślić, że miasto jest w większości przez nich zdominowane. 

Biorąc pod uwagę ilość studentów i ścisłe centrum, w którym znajduje się większość wydziałów można wyobrazić sobie jak wygląda miasto w ciągu dnia. Na ulicach widać praktycznie samych młodych ludzi, którzy albo są w drodze na uczelnię albo przesiadują w kawiarniach. Prawie niemożliwe jest nie spotkać kogoś znajomego w ciągu dnia. Dla mnie to niesamowity plus, bo zawsze znajdzie się ktoś, z kim można chwilę porozmawiać i przedłużyć swoje spóźnienie na zajęcia z pięciu na piętnaście minut.

Miasto studenckie oczywiście oznacza też to, że wieczorami place i ulice są pełne. Nawet teraz gdy jest zimno wiele osób wychodzi, żeby spotkać się ze znajomymi. Chociaż wiadomo – wszyscy już nie mogą doczekać się długich, ciepłych nocy spędzonych na Piazza dei Cavalieri, Piazza delle Vettovaglie i przy Lung’Arno. Ja również! 

W 15 MINUT NA UCZELNIĘ, W 20 MINUT NA LOTNISKO

To, że Piza jest mała słyszałam, ale nie sądziłam, że aż tak! Mam szczęście mieszkać w miarę w centrum i wszędzie mogę dojść pieszo. Autobusem jechałam może trzy razy. Roweru nie mam i choć bardzo chciałabym mieć, to okazuje się, że wcale nie jest niezbędny (muszę w końcu znaleźć i kupić, ale problem w tym, że w Pizie bardzo dobrze rozwinięty jest handel kradzionymi rowerami – praktycznie wszystkie rowery, które widać na ulicy są kradzione, ale to zupełnie inna historia). Na zajęcia wychodzę 15 minut przed ich rozpoczęciem, a żeby dojść do dworca potrzebuję również około 15 minut. Wszędzie można dojść, a uwierzcie, że codziennie spacery wzdłuż rzeki i poprzez place wcale się nie nudzą. Jednak największym hitem tego miejsca jest to, że na lotnisko mogę się dostać w 20 minut. Pieszo. Co za abstrakcja! Wydawało mi się, że lotnisko w Poznaniu jest blisko centrum i bardzo szybko można się tam dostać, ale tutaj… 😀

W PRZERWIE NA LUNCH CHODZĘ DO BIBLIOTEKI

Małe śniadanko z espresso w roli głównej i późna kolacja, która nierzadko przedłuża się do północy. Wszyscy wiemy, że sposób jedzenia Włochów jest inny niż ten w Polsce. Myślałam, że w biegu codzienności, ograniczonej ramami czasowymi w pracy i na uczelni, tradycja ta zanika. Okazuje się, że wcale nie. Nie spodziewałam się również, że pranzo, czyli nazwijmy to obiad (choć bardziej pasuje niepolskie określenie lunch), jest tak ważnym posiłkiem w ciągu dnia. Niedzielne rodzinne spotkania przy stole potrafią przedłużyć się do późnego popołudnia. Nic więc dziwnego, że do kolacji zasiadają tak późno. Oczywiście życie studentów niemieszkających z rodzicami wygląda inaczej niż w domu rodzinnym, jednak schemat pozostaje ten sam. 13:30 to pora w której najłatwiej upolować miejsce w bibliotece (tutaj są one zawsze przepełnione) – wszyscy wtedy idą zjeść panini i napić się kawy. Na moim wydziale każda przerwa trwa 15 minut, oprócz tej która zaczyna się o 13:30 i kończy o 14:15 – wtedy jest czas na pranzo. Restauracje i niektóre sklepy się zamykają, by pracownicy mogli w spokoju zebrać siły do pracy. Następny posiłek dopiero około 21:00/22:00. To, jak mało ważne dla Włochów jest śniadanie i jak ważny jest obiad i kolacja podkreślone jest nawet poprzez język. Używane są czasowniki pranzare i cenare, które można dosłownie przetłumaczyć „obiadować” i „kolacjować”. Nie istnieje jednak taki czasownik dla „śniadaniowania” – trzeba użyć zbitki wyrazowej fare colazione. Jakie zdziwienie ogarnęło moich włoskich znajomych, gdy powiedziałam im, że w Polsce to pierwszy posiłek jest obfity, a potem zamiast lunchu mamy drugie śniadanie. „Jak można jeść dwa śniadania?” 😀 

Jeśli cappuccino, to tylko do śniadania. Potem dozwolone jest picie tylko espresso 😛

SPOŻYWCZY PATRIOTYZM

Oj taaak, kto nie lubi pizzy albo spaghetti solidnie posypanego parmezanem? Włosi kochają swoją kuchnię tak samo jak my wszyscy – albo nawet jeszcze bardziej. Knajpki i restauracje serwujące coś innego niż panini, pizzę, makarony, antipasti, risotto itd. to tutaj naprawdę nisza. W marketach znalezienie czegoś co nie jest włoskie lub jest chociaż bardziej europejskie to wyczyn. Ile ja się naszukałam, żeby znaleźć ser feta! W końcu znalazłam, ale nie było to takie oczywiste jakby mogło się wydawać. Poza tym jest tutaj bardzo ubogi wybór herbat, brakuje ziół i przypraw, które bez problemu znajdziemy w Polskich marketach tej samej wielkości. Nie wspominając już o kaszy, czy płatkach owsianych które muszę sobie sprowadzać z Polski. 😀 Za to znajdziecie tutaj kilkadziesiąt rodzajów makaronu, kilkanaście rodzajów ryżu, pomidory pod każdą postacią, oliwy tłoczone z różnego rodzaju oliwek, kilka działów z serami, szynkami czy ciasteczkami, kilka alejek z winami z każdego regionu Włoch. To wszystko jest oczywiście super smaczne, ale czasem po prostu chce się czegoś innego. Myślę, że wygląda to trochę inaczej niż w Polsce, bo nie wyobrażam sobie na codzień jeść tradycyjnych potraw naszej kuchni. Mam świadomość tego, że Piza to nie jest duże miasto, więc być może nie powinnam oczekiwać zbyt wiele, ale jestem przekonana, że w polskich marketach o podobnej wielkości i znajdujących się w miastach o podobnej skali, znajdziemy więcej produktów z różnych kuchni świata. Cóż, Włosi są naprawdę patriotyczni jeśli chodzi o jedzenie i jest to dość szeroki temat, który być może jeszcze poruszę w osobnym wpisie. 😉

TRANQUILLO TO STYL ŻYCIA 

Tranquillo, czyli ze spokojem to coś, czym Włosi naprawdę kierują się w życiu. Ile razy słyszałam tranquilla (r. żeński) kierowane w stosunku do mnie, gdy coś mnie stresowało na uczelni lub nie mogłam się wysłowić po włosku. Mimo tego, że Włosi kojarzą się z ekspresyjnością i głośnym zachowaniem (to wszystko prawda) to jest w nich również pewnego rodzaju spokój. Jeśli w sklepie kasjerka zagada się z koleżanką obok to nikt z czekających w kolejce się nie denerwuje, jeśli kierowca autobusu nie będzie jak miał wydać Ci reszty to machnie ręką i pozwoli Ci jechać, jeśli zabraknie Ci gotówki w tabacchierii to ekspedientka powie, żebyś zapłacił następnym razem. Oczywiście nie są to zasady, które sprawdzają się zawsze, ale często się powielają. Dosyć sporą różnicę zauważyłam podpisując kontrakt o mieszkanie (co akurat jest rzadkością, bo zazwyczaj studenci wynajmują mieszkanie bez umowy). Właściciel mojego mieszkania dosyć lekko podchodzi do sprawy. Sam fakt, że mam podpisaną umowę jest już nadzwyczaj formalny. Umowa ta w porównaniu do umów podpisywanych w Polsce jest o wiele łagodniejsza dla wynajmującego. Nie wspomina o karach za zniszczenie, nieposprzątanie, zakłócenie ciszy nocnej, nie pociąga do odpowiedzialności jeśli coś będzie nie tak – wszystko to jest raczej do uzgodnienia. W umowie zaznaczone są terminy płatności i wyjaśnione zasady działania condominium (wspólnoty mieszkaniowej), ale nawet to nie jest tak rygorystyczne, bo kiedy spóźniłam się z pierwszą płatnością przez problemy z bankiem, właściciel zmienił po prostu datę z 5 dnia miesiąca na 10 – w Polsce w mieszkaniach, które wynajmowałam już bym musiała zapłacić za to karę. Tutaj chyba ludzie po prostu mniej się spinają o rzeczy, które w zasadzie są nieważne.

GÓRY, WSZĘDZIE GÓRY

Alpy Apuańskie oddalone o około godzinę jazdy samochodem od Pizy.

Kto by się spodziewał, że przeprowadzając się do Toskanii będę chodzić tyle po górach. Cóż, ja na pewno się tego nie spodziewałam. Mało kto myśli o szlakach górskich w kontekście Włoch (no chyba, że północnych). Raczej myśli się o kolorowych miasteczkach, kościołach, plażach, skalistym wybrzeżu, praniu zawieszonym między oknami kamienic. Na włoskie wakacje zabiera się raczej parę sandałów, a nie buty trekingowe. Choć nieczęsto się o tym wspomina, to okazuje się, że Włochy to bardzo górzysty kraj – nie tylko na północy (choć tam oczywiście najbardziej + chyba już o tej cesze Włoch wspominałam pisząc o Sardynii). Jako, że jestem wielką miłośniczką górskich wędrówek i jednocześnie osobą dorastającą bliżej Bałtyku niż Tatr, codzienny widok na góry otaczające Pizę zawsze mnie rozczula. Widząc szczyty mam ochotę szybko wskoczyć w wygodne buty i wdrapać się na samą górę. Jakie szczęście mnie ogarnęło kiedy odkryłam, że istnieje grupa erasmusowych studentów, którzy co weekend organizują górskie wędrówki. Czy może być coś lepszego niż chodzenie po górach z grupą znajomych, jedzenie lunchu z pięknym widokiem oraz wracanie do domu całkowicie zmęczonym i usatysfakcjonowanym po minionym dniu na świeżym powietrzu? Te nasze „hikingi” (jak to nazywamy) będą jednymi z najpiękniejszych wspomnień z Erasmusa. Kompletnie się nie spodziewałam, że we Włoszech będę tak intensywnie korzystać z moich traperów!

 

Wyprawa w góry, które widać z mojego okna w mieszkaniu. Gdy mgła zeszła na dół mogliśmy zobaczyć w oddali Krzywą Wieżę i całą Pizę.
O! To właśnie te góry 🙂
„Hiking” w połowie października po wybrzeżu liguryjskim. Jak dobrze było go zwieńczyć kąpielą w morzu!
Idziemy!
Góry na Sardynii
Wzgórza Toskanii

 

Opuszczony kościół gdzieś pomiędzy lasami – odkryty podczas jednej z listopadowych wędrówek.

Doświadczanie życia codziennego i zauważanie niespodziewanych różnic to jedne z najciekawszych wspomnień, które przywiozę w Erasmusa. Jak widzicie, na ten temat lubię się rozpisać – tekst był o wiele dłuższy, więc podzieliłam go na dwa wpisy. Interesujące jest to, jak bardzo może różnić się pierwsze wrażenie od wrażenia osadzonego w dłuższym czasie. Jestem ciekawa jakie różnice będę dostrzegać w kolejnych miesiącach i z jakimi refleksjami będę wracać do Polski. Zastanawiam się jakie Wy różnice widzicie pomiędzy Polską a Włochami lub innym krajem, w którym być może mieszkaliście! 😀 Podzielcie się!

Komentarze: